Światy, w których Rzym nigdy nie upadł
Istnieje kanon podstawowych pytań, które zadają miłośnicy historii alternatywnej. Pisaliśmy już o tym, czy Polska mogła wygrać w 1939 roku (Mogliśmy wygrać w 1939 roku, …A miało być tak pięknie) o tym, jak wyglądałby świat, gdyby Niemcy wygrały II wojnę światową (Świat “Vaterland”, Świat “Człowieka z Wysokiego Zamku”). Teraz zajmiemy się wizjami świata, w którym Imperium Romanum nigdy nie upadło.

AFP
Skonkretyzujmy: literackimi wizjami, bo żaden poważny historyk nie da się namówić na analizę takiego alternatywnego biegu historii, w którym punkt zwrotny umieszczony jest tak dawno temu i może skutkować nieskończoną liczbą dalszych historycznych wariantów. Trzeba przyznać: próba ich przewidzenia jest szaleństwem. Z tego powodu musimy zadowolić się wyłącznie próbami artystycznej konstrukcji takiego świata. Lepszej bądź gorszej. Pisarze nie mają prestiżu naukowego do stracenia i nie boją się gdybać.
Stephen Baxter, brytyjski pisarz science-fiction w zamieszczonym w „The Independent” artykule pt. „What if… An alternative history of the Word” pisze: „po okresie militarnych porażek, cesarze próbowali ustanowić naturalne granice, takie, jak Ren czy Wał Hadriana, zatrzymując jednak w ten sposób rozrost imperium i jego rozwój ekonomiczny”.
Rzymianie „byli zaawansowani technologicznie i byli blisko wynalezienia silników parowych, ale sprawy takie traktowali wyłącznie jako zabawki. Szansa na rzymską rewolucję przemysłową została zmarnowana” – uważa. Co jednak, jeśli Rzym – mimo wszystko – przetrwałby, i przetrwałby silny?
Baxter uważa, że mógłby w takim razie poradzić sobie z islamem i Mongołami lepiej, niż średniowieczne państwa, które powstały na jego gruzach. „W Amerykach Rzymianie nie przeprowadziliby ludobójstwa, jak Brytyjczycy, ale zasymilowaliby tubylców tak, jak Rzymianie zazwyczaj asymilowali podbite ludy”. Zjednoczona przez Rzym Europa nie zaznałaby feudalizmu, a co za tym idzie – rozkwitu rycerstwa. Baxter twierdzi także, że nie byłoby parlamentaryzmu (z czym można by polemizować – w Rzymie funkcjonowała przecież tradycja republiki i senatu, choć jego znaczenie malało wraz z utrwalaniem się władzy cesarskiej).
W 2005 roku (w Polsce – w 2007) pojawiła się „Romanitas” – pierwsza część trylogii autorstwa Sophii McDougall. Jej akcja dzieje się w świecie, nad którego większą częścią panuje Imperium Rzymskie. Jest nasz XXI wiek (w Rzymie jest wiek XXVIII – Rzymianie liczyli czas ab urbe condita – od założenia miasta). Jak wygląda nowoczesny świat pod pax romana?
McDougall zadała sobie wiele trudu i skonstruowała go z pietyzmem. Na stronie internetowej powieści www.romanitas.com znaleźć można mapę rzymskiego świata i jego szczegółową historię. Streśćmy ją, używając jednak – dla ułatwienia – datowania obowiązującego w naszym świecie.

Mapa rzymskiego świata ze strony www.romanitas.com
Punkt zwrotny: Pertynaks
Punktem zwrotnym jest panowanie Publiusza Helwiusza Pertynaksa pod koniec II w. n.e. W świecie rzeczywistym ten dobrze się zapowiadający cesarz zostaje zamordowany przez własnych pretorian, który po jego śmierci urządzają hucpę: swoisty przetarg na stanowisko cesarza. Na pewien czas powoduje to upadek majestatu rzymskiego władcy. W „Romanitas” Peryntaks jednak nie ginie. Naprawia rzymską gospodarkę i tworzy stabilną dynastię. Następcy Peryntaksa kontynuują reformy. Modernizują wojsko.
W III w. Rzymianie zajmują ziemie odwiecznego wroga – Persji, którą brutalnie pacyfikują (wielu Persów mordują, bądź sprzedają w niewolę). W całym imperium trwają prześladowania chrześcijan, zoroastrian i Żydów. Początek IV wieku – Rzym podbija Arabię, później przywraca swoją władzę w Brytanii, rozszerzając ją na Irlandię i Szkocję. W połowie IV w. Europę najeżdżają Hunowie, ale nie wyrządzają większej krzywdy imperium. Rzym nie tylko odrzuca Hunów, ale rozszerza swoje władztwo daleko, aż na ziemie obecnej Rosji.
W V wieku imperium podbija Indie, a hinduistyczni bogowie trafiają do rzymskiego Panteonu. W VII w. następuje próba podboju Chin – nieudana. Chiny okazują się zbyt twardym orzechem do zgryzienia, starożytne już wtedy chińskie państwo samo wykazuje tendencje imperialne. Następują tarcia graniczne z Rzymem, ale cezarowie rozumieją, że utrzymanie zdrowych relacji z Chinami to rzecz ważna, tym bardziej, że opłaca się obu stronom: handel przynosi wielkie profity. Rzym i Chiny wspólnie rozprawiają się z rodzącą się potęgą mongolską w XI wieku. Japonia (w świecie McDougall zwana Nionią) – póki co – pozostaje poza sferą zainteresowania Rzymu.
W XIII w. Rzym dysponuje już prochem. Uzbrojone w armaty legie podbijają Etiopię. Niedługo później cesarz Nionii przywozi z wizyty w Rzymie know-how produkcji prochu. Pomaga mu to w zjednoczeniu wysp i rozpoczęciu polityki imperialnej.
Rzymski Dziki Zachód
W XIV w. rzymscy marynarze opływają glob i odkrywają nowy kontynent: w naszym świecie znany jako Ameryka, w świecie „Romanitas”, jako „Nowa Ziemia” (Terranova).
W tym samym wieku Rzymianie uczą się wytwarzać prąd. Mimo tych sukcesów jest to czas kryzysu dla wewnętrznych i zewnętrznych spraw imperium, dlatego by zjednać sobie ludność cesarz rozszerza obywatelstwo rzymskie i związane z nim prawa na wszystkich jego mieszkańców. W XVI w. Nionia odkrywa, podbija i kolonizuje Australię (w świecie „Romanitas” – Goshu).
Imperialny rozwój wysp niepokoi Rzym. W XVI w. następuje kolonizacja Terranovy (Ameryki). Sęk w tym, że na podobny pomysł wpada Nionia. W Nowej Ziemi dochodzi do rzymskiego westernu: serii wojen rzymsko-nionijskich, podczas których oba imperia próbują pozyskać do walki po swojej stronie terranowijskich tubylców. Na Atlantyku dochodzi do bitew morskich. W XVIII w. rzymianie budują gigantyczny wielki mur, dzielący Amerykę na dwie części: biegnie on od wybrzeża Pacyfiku w Północnej Kalifornii po zatokę św. Wawrzyńca.
Niektóre prowincje w Afryce buntują się przeciw rzymskiej władzy, nie udaje się im jej zrzucić. W XX w. jeden z bohaterów powieści, Tercjusz Nowiusz Faustus Leo, tłumi powstanie Azteków. W drugiej części planowanej rzymskiej trylogii zatytułowanej „Rzym płonie”, Sophia McDougal opisuje Rzym na krawędzi nowej wojny z Nionią.
A technologia?
W pierwszej połowie XVIII wieku pojawiają się pierwsze napędzane elektrycznie pojazdy torowe i pierwsze próby stworzenia maszyn latających. W XIX w. imperia Majów i Azteków włączone są już do cesarstwa, podobnie, jak cała Ameryka Południowa. Rzymianie budują drogi i tory dla pojazdów elektrycznych w całym imperium. Na przełomie XIX i XX wieku powstają maszyny latające. Pomiędzy Nionią a Rzymem trwa wyścig zbrojeń. Pod koniec XX istnieją samochody (elektryczne) i telewizja.

AFP
Rzymskie miasta są nowoczesne, pełne neonów – ale pod miastami nadal ustawione są krzyże, na których wiszą przestępcy. Niewolnictwo istnieje, i jest podstawą gospodarki – choć istnieją także organizacje je zwalczające. Rządzi autokratycznie cesarz. W imperium obowiązuje jedna waluta, jeden kodeks prawny. Tak wygląda Rzym XXI wieku w wizji Sophii McDougall.
Inni autorzy mają wątpliwości, czy przy założeniu, że Rzym posiadając archaiczny, niereformowany system polityczny i społeczny oraz gospodarkę opartą na niewolnictwie, tej – cynicznie mówiąc – „darmowej sile roboczej” – mógłby być tak technologicznie rozwinięty. Wydaje się że taki Rzym w XIX i XX wieku przypominałby raczej nie reformowaną carską Rosję, czy otomańską Turcję.
Rzymianie na beczce prochu
Harry Turtledove w 2003 roku wydał „Gunpowder Empire”. Punktem zwrotny u Turtledove’a jest generał Oktawiana Augusta i autor sukcesów militarnych jego panowania: Marek Agryppa. U Turtledove’a Marek Agruppa nie umiera młodo, jak w rzeczywistości. Udaje mu się podbić Germanię (nie ma masakry Rzymian w Lesie Teutoburskim) i – zamiast Tyberiusza – zostaje następcą Oktawiana Augusta. Buduje trwałe imperium. Jego następcą jest Lucjusz Cezar, syn Agryppy. Ten Rzym zatem to Rzym, w którym nie ma już Kaliguli, Nerona, Wespazjana, Hadriana, Trajana, Marka Aurelego: wszystko zmienia się wcześniej.
Rzym konsoliduje się więc dzięki mocnej i rzetelnej władzy, ale udaje mu się przetrwać, ponieważ w Imperium udało się wynaleźć proch. Wynalazek ten z miejsca ustawił rzymskie armie ponad innymi na świecie. Cesarstwo potrafiło obronić się przed najeźdźcami, samo przejść do ofensywy i w dobrym zdrowiu przetrwać do końca naszego XX wieku.
Rzym jednak – tak, jak i u McDougall – nie przechodzi przemian społecznych i gospodarczych, nie ma rewolucji przemysłowej. Niewolnictwo nadal istnieje. Dlatego rzymska Europa technologicznie jest o wiele mniej zaawansowana od Europy naszego świata Poza prochem i modernizacją armii nie nastąpiło przyspieszenie technologiczne.
Świat zakonserwował się w swojej formie. Medycyna pozostaje dość prymitywna, społeczeństwo rzymskie jest podobne do tego, które funkcjonowało 2000 lat temu. System społeczny jest prawie identyczny z klasycznym, system polityczny praktycznie się nie zmienił. Rządzi cesarz, senat istnieje, lecz jego rola jest ograniczona. Nadal organizowane są walki gladiatorów: panem et circenses to nadal naczelne hasło rzymskiego ludu. Poprawił się status wyzwoleńców – mają pełne prawa obywatelskie, ich dzieci także. Biurokracja kwitnie.
Rzym rządzony jest w sposób autokratyczny – przez cesarza. Łacina ewoluowała, uprościła się, ale klasyczny łaciński pozostał językiem, w którym redaguje się pisma urzędowe, kontrakty handlowe itd. Chrześcijaństwo istnieje, ale nie posiada dominującej roli w państwie. Islam nie istnieje. W Rzymie panuje tradycyjna rzymska religia. Ateny są miastem uniwersyteckim, które w Imperium cieszy się dużym szacunkiem ze względu na piękną helleńską przeszłość. Konstantynopol jako metropolia nie powstaje – punkt zwrotny w tej historii ma miejsce długo przed narodzeniem Konstantyna.

AFP
Imperium rzymskie w świecie Turtledove’a obejmuje prawie całą Europę (łącznie z Brytanią). Chiny są kolejnym mocarstwem prochowym. Istnieją oficjalne stosunki z Rzymem. Japonia to państwo piratów. Bezpośrednimi konkurentami Rzymu jest Persja i imperium… Litwinów. U Turtledove’a Litwini podbili i zlituanizowali słowiańskie narody. Narzucono litewską tradycyjną religię (kult Perkuna), chrześcijaństwo jest zakazane i prześladowane. Należy do Litwy m. in. terytorium, na którym leży obecna Polska. Litwa przejęła elementy kultury i cywilizacji rzymskiej, ale mimo, że poziom rozwoju kulturowego i politycznego jest w obu cesarstwach podobny – Rzymianie nazywają swoich sąsiadów barbarzyńcami.
Fabuła jest już stricte fantastyczna. Po otwarciu portali pomiędzy różnymi rzeczywistościami (będącymi po prostu różnymi wariantami historii), pochodząca z naszego świata amerykańska rodzina Solterów spędza każde lato w rzymskim mieście Polisso w Dacji. W naszym wszechświecie Polisso to po prostu ruiny niedaleko jakiejś zapadłej rumuńskiej wsi, ale w świecie, w którym Rzym nie upadł – to duże miasto. Solterowie sprzedają tu zegarki, lustra, żyletki, scyzoryki – rzeczy, których rzymska technologia nie umie wytwarzać.
Świat galer piaskowych

Galera piaskowa - rzymski czołg
Punkty zwrotne są dwa. Pierwszy: Rzym, jak u Turtledove’a, nie przegrywa bitwy w Lesie Teutoburskim, w wyniku czego udaje mu się podbić i zlatynizować Germanię. Dwa: Poncjusz Piłat ułaskawia Jezusa, a ten ucieka z Palestyny aż do Chin (w XXI w. nadal tajemnicze Imperium Sericum).
Również u Mitchella opierający swoją gospodarkę na niewolnictwie Rzym nie przechodzi industrializacji, mimo to cesarska flota odkrywa Nową Ziemię (Amerykę). Po długich wojnach imperium Azteków staje się prowincją rzymską Nową Brytanią, jedną z nowych prowincji.

Rzymski dwupłatowiec
Rozwinięty Rzym
Oczywiście, można postawić pytanie, dlaczego właściwie w Rzymie nie mogłoby dojść do reform politycznych i ekonomicznych, ale takich wizji jest niewiele. Jedną z nich jest „Roma Eterna” Roberta Silverberga, która ukazała się w 2003 roku w USA, a w Polsce – w 2009.
Akcja dzieje się w naszym XX, a rzymskim – XXVII wieku. Punkt zwrotny: Żydzi nie wyrwali się z niewoli egipskiej: prowadzeni przez Mojżesza Izraelici toną w Morzu Czerwonym, a ci, którzy przetrwali powrócili pod wodzą Aarona do Egiptu. Tam dopiero po setkach lat udało im się zrzucić jarzmo niewolników. Żyją nadal w Egipcie, gdzie tworzą niewielką, monoteistyczną sektę. Dzieje te opisuje „księga Aarona”. Nie powstało chrześcijaństwo, a – co za tym idzie – mahometanizm, Arabowie nie są więc zjednoczeni w religii. Mahomet jednak istnieje (duża, lecz często w historiach alternatywnych powielana niekonsekwencja, bo jak w sytuacji, gdy historia biegnie inaczej może narodzić się konkretna świadomość z naszej rzeczywistości) próbuje głosić własne tezy religijne, ale ginie zabity przez rzymskiego agenta.
Greckojęzyczny wschód Rzymu rywalizuje z łacińskim zachodem, lecz jest to jedynie rywalizacja językowa, nie religijna: Rzym nie jest bowiem schrystianizowany. W odpowiedniku naszego roku 1850-tym upada w wyniku krwawych wydarzeń Cesarstwo i tworzy Druga Republika Rzymska. Roma Nova to Ameryka, polityka zagraniczna Rzymu to stosunki z Indiami, Chinami, Majami i Aztekami. Rzymianie znają karabiny, statki parowe, telefony.
Łacina zmienia się, jej dialekt przypomina włoski. Samochody, podróże kosmiczne – początki.
Krytycy zwracają jednak uwagę, że „Roma Eterna” jest po prostu „zromanizowaną” wersją naszego własnego świata i jego historii. Mamy tutaj rzymską wersję epoki odkryć geograficznych, rzymską wersję rewolucji francuskiej i rewolucji bolszewickiej, a nawet rzymską wersję carówny Anastazji. Nawet kierowcy samochodów w stolicy imperium jeżdżą, jak Włosi.
Rzym upadł?
Ktoś, kto chciałby na poważnie przeanalizować jaki mógłby być świat, gdyby Rzym nie upadł, musiałby już na początku pogodzić się z porażką: tego się po prostu zrobić nie da.
Przyjrzyjmy się bowiem naszej przeszłości: w jaki sposób ktoś, kto przewiduje przyszłość na podstawie mechanizmów społecznych, geopolitycznych, ekonomicznych itd. miałby – na przykład – przewidzieć Mahometa, wynalazcę nowej, chwytliwej religii, która miała – i nadal ma – istotny wpływ na dzieje świata? Jak można było przewidzieć średniowieczną czarną śmierć?
Poza tym – czy Rzym na pewno upadł? Czy po prostu przepoczwarzył się w coś innego, jak zresztą przepoczwarzał się już wcześniej – odchodząc od republiki, przyjmując chrześcijaństwo, przenosząc stolicę to do Konstantynopola, to do Rawenny.
Rzym, państwo, którego prawa i tradycje stanowią podbudowę wszystkich prawie krajów europejskich nie upadło z hukiem i spektakularnie: rozpływało się raczej powoli w nowym porządku europejskim. W czasach, gdy Rzym się kończył, nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z jego końca. Historycy, by w ogóle móc wyznaczyć datę jego “zgonu”, musieli za końcowe przyjąć wydarzenie symboliczne: abdykację ostatniego cesarza – Romulusa Augustulusa.
Współcześni tej abdykacji nie postrzegali, jako upadek: po prostu władcą w Italii został patrycjusz Imperium – Odoaker (zresztą z poparciem senatu i ludu rzymskiego, czyli jego istoty: senatus populusque romanus, SPQR ), a jego formalny zwierzchnik – cesarz rzymski – w najlepsze panował w Konstatnynopolu. Ten Rzym na wschodzie trwał jeszcze tysiąc lat.
Dla greckich bowiem mieszkańców Imperium, które współcześni nam historycy nazywają bizantyńskim, oczywistą rzeczą było, że to właśnie oni są obywatelami Imperium Romanum, a rządzący bazyleus – w prostej linii dziedzicem cezarów. Cesarstwo bizantyńskie, zrodzone ze wschodniej części Rzymu, omal nie odnowiło władzy nad basenem Morza Śródziemnego i padło dopiero w 1453 roku, gdy tureckie wojska Mehmeda Zdobywcy opanowały Konstantynopol.

AFP
Ale i cesarstwo zachodnie dało początek nowym krajom, inspirowało rozwiązania, które leżały – i nadal leżą – u podstaw ogromnej ilości państw. Odoaker, który panował w Italii po zdetronizowanym Augustulusie zachował rzymski system polityczny, podatkowy, prawny. Zachowali go również panujący po nim królowie ostrogoccy.
Po abdykacji Augustulusa zasadzie niewiele się zmieniło i nikt ze współczesnych mu nie miał świadomości, że oto upadło Imperium. Świat zmieniał stopniowo oblicze, a wraz z nim zmieniał się i Rzym, zmieniał się zresztą już wcześniej. Trudno powiedzieć, kiedy odbyło się ostatnie posiedzenie senatu w rzymskiej kurii.
Zresztą – wiele porzymskich imperiów nie tylko wywodziło swoje pochodzenie bądź choćby instytucje od Rzymu, ale próbowały i miały ambicję je reaktywować dowodząc ciągłości prawnego istnienia imperium. Na tym bazowało cesarstwo Karola Wielkiego, przez prawie tysiąc lat (do końca XIX w.) istniało Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, które na początku nazywane było po prostu Świętym Cesarstwem Rzymskim (Sacrum Imperium Romanum). Zniszczył je Napoleon, który sam nazywał się cesarzem, a w herbie państwa umieścił rzymskiego orła – aquilę. Republikańska Francja po jego z kolei upadku przejęła inny rzymski symbol – rózgi liktorskie (fasces). Idea translatio imperii – przypisywania sobie następstwa Rzymu – w średniowieczu była obsesją wszystkich europejskich potęg, a “trzecim Rzymem” (po Rzymie i Konstantynopolu), ogłosiły się Moskwa, Bułgaria, Wołoszczyzna, a nawet Imperium Otomańskie po zdobyciu Konstantynopola (Sułtanat Rum i sułtan jako Kaiser-i-Rum, Ibrahim Pasza, wielki wezyr, który wznosił w Stambule posągi w stylu rzymskim, głosząc, że rzymska spuścizna jest ważniejsza, niż prawa islamu zakazujące przedstawiania podobizn ludzkich).
W niektórych narodach rzymskie nazwisko Cezar stało się nazwą władcy (carowie Rosji, Bułgarii i Serbii, niemieccy i austriaccy Kaiserowie), inne używały łacińskiego tytułu imperatora (Empereur, Emperor). Cesarzem był Karol Wielki, od którego imienia z kolei słowiańskie kraje ukuły tytuł królewski. Polska szlachecka Rzeczpospolita nawiązywała do tradycji republikańskiego Rzymu, możliwe, że polski orzeł to także spadkobierca rzymskiej aquili. Używamy rzymskiego – łacińskiego – alfabetu. Kodeksy praw krajów bazujących na prawie stanowionym (poza światem anglosaskim, który używa tradycyjnego systemu common law) mają u swoich podstaw prawo rzymskie.
I właśnie tak wygląda świat, w którym Rzym przetrwał. Przynajmniej częściowo.

AFP
Straszliwa historia Petara Blagojevicia
Gdy spytasz Serba o hrabiego Drakulę, wzruszy tylko ramionami. Wytłumaczy ci, że zna lepszą historię. Lepszą, bo prawdziwą.

Artykuł 21 średniowiecznego kodeksu serbskiego cara Duszana zakazywał wykopywania z grobów ciał ludzi oskarżonych o czary i palenia ich. Kapłan, który zezwalał na taki proceder miał być kapłaństwa pozbawiony. Jak widać, już w XIV wieku co bardziej trzeźwogłowi Serbowie wkładali historie o czarownicach i wampirach między bajki i zabobony.
Petar wstaje z grobu
Tym bardziej – wydawałoby się – być tak powinno w 1725 roku: średniowiecze skończyło się ćwierć tysiąclecia temu, nadciągała z impetem epoka racjonalizmu i sceptycyzmu. Cóż jednak począć, jeśli taki Petar Blagojević z naddunajskiej wsi Kisilova wstaje z grobu i w osiem dni zabija dziewięć osób. Jedną po drugiej, podczas snu, niczym XVIII-wieczny Freddie Kruger.
Car pośród czołgów
Największy – a na pewno najwyższy – czołg kiedykolwiek skonstruowany to czołg, nazwany przez współczesnych carem, zaprojektowany w czasie I wojny światowej przez rosyjskiego inżyniera Liebiedenkę.

O ile w ogóle ów dziwaczny, opancerzony pojazd nazwać można było nazwać czołgiem. To, co widzimy na zdjęciu to prototyp: pojazd nie wszedł do produkcji.
Kojarzyć się może z pająkiem kosiarzem – tak, jak pająk ów wspiera stosunkowo niewielki korpus na monstrualnych, cienkich nogach, tak opancerzony kadłub car-tanka opiera się na gigantycznych kołach, przypominających przerośnięte koła rowerowe. Koła te miały 9 metrów wysokości. Korpus wyposażony miał być w działo i karabiny maszynowe. Miał znajdować się około pięciu metrów nad ziemią. Wywrotka mogła zakończyć się dla załogi tragicznie.
Nie tylko rozwiązanie konstrukcyjne kabiny kulało. Wielkie koła, które – w zamyśle projektanta – miały pokonywać wszelkie przeszkody, musiały jednak ciągnąć kadłub i tylne, mniejsze koło, które grzęzło w błocie i zaroślach. Silniki nie były w stanie udźwignąć wagi maszyny. Czołg, który – jako projekt – wywarł wielkie wrażenie na carze Mikołaju, okazał się być wyłącznie efektowny, a mało efektywny. Prace nad nim zarzucono ze względu na koszty, a prototyp odjechał na złomowisko historii.
Ale to nie był jego koniec: pojawił się bowiem w pop-kulturze. Podobno jeden z czołgów z drugiej części “Gwiezdnych Wojen” – “Ataku klonów” (chronologicznie – piątej) wzorowany był właśnie na car-tanku.

Historia blokowisk, czyli skąd się wzięły maszyny do mieszkania
Blokowiska to przekleństwo naszej przestrzeni miejskiej. Cieszmy się jednak, że nie jest gorzej. Bo były pomysły, w których rytm życia bloku miał regulować wszystkie nasze funkcje. Nawet seksualne.

fot. E. Szczerek
Temat blokowisk kojarzy nam się z szarymi odcieniami PRL-u. Wydawałoby się, że sprawa już jest zamknięta. Ale to nieprawda: powraca dziś jak bumerang tyle, że często w jaskrawych kolorach
“Nie ma narodu żydowskiego. Jest inny…”
Narody nie istnieją jako wspólnoty ludzi, którzy posiadają wspólne pochodzenie genetyczne. To mit. Pogląd ten znany jest już od dawna. Izraelski naukowiec zauważa, że dotyczy to także jego narodu. A jeśli tak – to o co ten cały krzyk na Bliskim Wschodzie?

Społeczność czarnoskórych Żydów, którzy osiedlili się w mieście Dimona w centralnym Izraelu
Sprawy, które identyfikują nas jako naród – język, kultura, historia, z którą się utożsamiamy – to tylko naskórek. Z naszym rzeczywistym pochodzeniem sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Badania genetyczne wykazują, że nie ma mowy o prostej zasadzie: tu “genetyczny Polak”, tam “genetyczny Niemiec”, ówdzie “genetyczny Francuz” – czy nawet Słowianin, Germanin, przedstawiciel ludów romańskich czy ugrofińskich. Czy Żyd. Mamy w sobie sałatkę genów wszystkich praktycznie ludów, które kiedykolwiek zamieszkiwały nasze ziemie, czy tylko przez nie przeciągnęły – a więc Słowian, Germanów, Celtów, Żydów, praindoeuropejczyków, narodów romańskich, a nawet Mongołów. I każdych innych, z którymi nasi przodkowie zechcieli mieć bliższy kontakt. AHISTORIA już teraz zapowiada sążnisty artykuł na ten temat w niedalekiej przyszłości, lecz tym razem przyjrzyjmy się tezom Szlomo Sanda dotyczącym narodu żydowskiego.
Jak Adolf Hitler ćwiczył hajlowanie wpatrzony w obrazek reklamowy z czasopisma “Jugend”
Sylwetka Hitlera zawsze jawiła mi się jako połączenie psychicznej makabry z groteskową, operetkową oprawą. Ten wąsik, ach, ten wąsik, ta maniera, te marsze z pochodniami, te efekciarskie mundury, zakony, zamiana godła państwowego na symbol, który teraz nazwalibyśmy new age’owym…

I gdy czytam wspomnienia Alberta Speera, ulubieńca Hitlera i jego nadwornego architekta, spisane w spandauskim więzieniu – to wrażenie narasta. Przeczytajcie opis monachijskiego mieszkania Hitlera (na Prinzregentenstrasse) z początków jego kanclerzowania. Szczególnie wzruszające momenty wyboldowane.
Rozebrać Rumunię!
W czasie, gdy hitlerowcy okupowali Polskę, powstawały niesamowite plany jej odbudowy. Były one tak nierealistyczne, że przypominały raczej scenariusz jednej z obecnych internetowych geopolitycznych gier strategicznych, w których Polska swobodnie rozprzestrznić się może od Władywostoku po – powiedzmy – Kair, niż jakąkolwiek zdroworozsądkową propozycję. Przedstawimy dziś jedną z nich.

Propozycja M. Gliszczyńskiego z 1942 roku.
Wizje takie wydawały się ponurym żartem w sytuacji, w której Polacy znajdowali się w czasie wojny – zdegradowani do pozycji zaszczutych “podludzi”, pozbawionych edukacji, poddawanych średniowiecznym egzekucjom, upokorzony klęską, skazanych na podziemną, nierówną walkę. W prawie każdej z nich bowiem Polska była mocarstwem, które bez problemu rozstawia po kątach sąsiadów, dyktując im takie granice, jakie uzna za dla siebie korzystne. Dobrym reprezentantem tych projektów była wizja niejakiego Mieczysława Gliszczyńskiego (być może mamy do czynienia z pseudonimem, wiadomo, że rzecz powstała na emigracji) z 1942 roku, którą przywołuje w swojej pracy pt. “Polska i jej granice” prof. Piotr Eberhardt.
Związek Zachodnio-Słowiański
Gliszczyński po wojnie (którą Polska nie tylko musiałaby zwyciężyć, ale zwyciężyć miażdżąco, i to zarówno w starciu z Niemcami, jak Związkiem Radzieckim) widzi w Europie Związek Zachodnio-Słowiański, który tworzy i któremu przewodniczy nasz kraj. Do związku przyłączyć mielibyśmy Czechosłowację, Ukrainę, a także Litwę i Białoruś (”łącznie ze swymi na wschód wysuniętymi rubieżami”, czyli po Homel i Witebsk.
Warszawa niezbudowana
Przedwojenna Warszawa spłonęła w Powstaniu, a i wiele z tego, co zostało – rozebrano, by stworzyć jak największe pole do popisu dla socrealistycznych architektów.
Plany odbudowy stolicy, jakie przedstawiono w albumie ilustrującym “sześcioletni plan odbudowy” to obraz takiego rozmachu i niepraktyczności, że zapiera dech. Niepraktyczności, bo gdy ochłoniecie już z wrażenia oglądając poniższe rysunki, wyobraźcie sobie, jak naprawdę musiałyby wyglądać te zapierające dech w piersiach pałace.

Ulica Marszałkowska. Brama pomiędzy dwoma pałacami to wylot ulicy Chmielnej. Kojarzycie przesmyk pomiędzy "Warsem" a "Sawą", Domami Towarowymi Centrum, z którego można zjechać schodami ruchomymi do sklepu samoobsługowego? To właśnie to miejsce. Wyobraźcie sobie te szare, ciężkie kolosy, o parterach pokrytych wymiotem różnokolorowych szyldów, nad szeroką, połataną asfaltówką, jakich wiele w stolicy. Na piękny balkon na pierwszym planie nałóżcie sobie rzeczywisty wygląd podobnych urządzeń w PKiN.
Kto by się spodziewał…
…że nawet Mongołowie dadzą się złapać na nazistowską ideologię.

Choć hitlerowcy rozstrzeliwali radzieckich jeńców o azjatyckich rysach w pierwszym rzędzie traktując ich jak podludzi, w dzisiejszej Mongolii scena neonazistowska kwitnie.
Jak Czesi zmieniali granice Polski
Jedynym powodem, dla którego lwia część obecnej polsko-czeskiej granicy ma przebieg taki, jaki ma, jest fakt, że w XVIII-wiecznych wojnach śląskich Prusacy pobili Austriaków i podyktowali, które tereny po której stronie mają się znaleźć.

Granica niemiecko-austriacka sprzed I wojny światowej. Obecna granica polsko-czeska biegnie prawie identycznie.
Polska i Czechosłowacja odziedziczyły tę granicę po obu mocarstwach. I o ile Polska pojawiwszy się w regionie po prostu wzięła, co było, to Czesi uparcie domagali się jej rewizji. Również po 1945 roku.
Żeby jednak mieć pełny obraz polsko-czeskiego wyścigu o pogranicze tereny po 1945 roku, wróćmy na chwilę w czasy przedwojenne.
Czytaj dalej »








