-->

Myślicie, że przedwojenny Lwów umarł?

Dla Polaków sprawa jest prosta: stary Lwów to polska miejska kultura, która zniknęła wraz z II Rzeczpospolitą i Kresami. Ukraińcy jednak widzą rzecz inaczej.

lwów dzisiaj

Dość często jeżdżę do Lwowa. Któregoś wieczoru szwendałem się bez specjalnego celu uliczkami Starego Miasta. Na bodajże dawnej ulicy Skarbkowskiej a obecnej Łesi Ukrainki usłyszałem naraz znajome dźwięki. Stanąłem, posłuchałem: knajpiana orkiestra raźno wycinała „Tyko we Lwowie”. Zidentyfikowałem lokal, wszedłem do środka i ze zdziwienia prawie przykucnąłem: faceci w kraciastych kaszkietach, lwowskie baciary jak się patrzy, śpiewali tę piosenkę po ukraińsku.

Czułem się dość dziwnie słysząc “Tylko we Lwowie” w tym jezyku, ale musiałem przyznać, że większych zgrzytów formalnych słychać nie było. Sposób, w jaki faceci w kaszkietach posługiwali się językiem ukraińskim przypominał nieco międzywojenne “bałakanie” Szczepcia i Tońka. I wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z faktu, że Lwów – co prawda – znalazł się poza granicami naszego kraju, ale nie znaczy to, że umarł do końca.

Ukraińcy przejęli miasto, ale nie zamierzali wyrywać z niego jego kultury. Po co mieliby to robić:  sami ją przecież współtworzyli. Lwów przedwojenny miał – oczywiście – polski charakter, ale Ukraińcy nie wyłonili się z mgieł dopiero po 1945-tym. Rusini/Ukraińcy również bywali lwowskimi baciarami. I tak samo dobrze, jak Polacy znali wszystkie lwowskie przyśpiewki – o Mańce Pryszcz, o pannie Franciszce i kiszkach, o balu weteranów, gdzie co niedzieli jest zabawy wieli, o dniu deszczowym i ponurym. I tak samo, jak Polacy – których język przecież znali i często nadal znają – słuchali „Wesołej lwowskiej fali” ze Szczepciem i Tońciem.

- Cóż więc takiego dziwnego w tym – myślałem – że gdy Polaków wichry historii pod tytułem ZSRR wyrzuciły kilkaset kilometrów na zachód, na Śląsk, Pomorze i w Lubuskie, Ukraińcy, którzy we Lwowie zostali sami – kontynuowali najnormalniej w świecie lwowską kulturę jak swoją własną?

„Tylko we Lwowie” po ukraińsku: „Tilky u Lwowi”

Gdy przyjeżdżam do Lwowa często zatrzymuję się u pani Marii,  Polki wynajmującej pokoje w swoim mieszkaniu na Zamarstynowie. Pani Marii wielokrotnie zdarzyło się ostrzegać mnie właśnie przed „baciarami”. „Joj, pan tam nie chodzi! Tam same baciary, tam niebezpiecznie”.

- A więc baciarzy nadal istnieją! – myślałem. – I choć piękną tą nazwą określa się obecnie dziesioniarzy a nie klasycznych baciarów ze starego mitu, to jednak nić nie została przecięta.

- Lwów – pomyślałem – mimo tego, że Polaków już tu prawie nie ma, że kilkadziesiąt lat sowieckiego młynka do mięsa zrobiło swoje – nadal jest w jakimś stopniu tym samym Lwowem. Nadal śpiewa się tutaj lwowskie pieśni, nadal używa słowa „baciar” w odniesieniu do drobnych cwaniaczkow od krojenia i klepania. Używa się, choć, jak twierdzi Jurij Winnyczuk, znawca lwowskiej kultury, „baciarstwo” było czymś więcej, niż po prostu chuligaństwem: było „stylem życia”.

A zwykłych drobnych przestępców zwano w „klasycznym okresie” Lwowa „kinderami”.

O baciarach po ukraińsku:

- Zamarstynów był „bandyckim” rejonem– wspomina na łamach lwowskiego „Postupu”* pan Jarema Miron, Ukrainiec pamiętający czasy międzywojennego Lwowa. Ale tam, gdzie rządzili baciarzy, było inaczej. Ludzie wspominający baciarski Lwów opowiadają, że baciarzy wyganiali złodziei i “Baciar” – według Jaremy Mirona – był „fajnyj chłop”, który „bridiłsja złodijstwa […]”.

Ten etos baciarski trwał i po wojnie: pani Natalia Maksymiuk, urodzona w 1944 roku, opowiada o powojennych już baciarach: „Baciarka kiedyś była i teraz jest. Ale kiedyś było jakoś inaczej: wariowali, z kogoś się pośmiali, a teraz – żeby tylko szkody narobić” – wspomina na łamach”Postupu”.

Zobacz mapę przedwojennego Lwowa

Wiadomo, ten wizerunek „szlachetnego marginesiarza”, który z własnej woli stawia się poza nawiasem społeczeństwa, bo wybiera wolność od konwenansu jest zapewne, cóż, nieco przesadzony. Jak widzimy, wyidealizowany baciar to legenda nie tylko polska. Tak, drodzy państwo, baciarzy są bohaterami również ukraińskiej tożsamości i świadomości. Nie są tylko nasi. Ukraińcy również uważają ich za swoich i za część swojej przeszłości, z którą się utożsamiają.

We Lwowie pamięta się o baciarach. Ci, którzy interesują się miejską kulturą i historią opowiadają o nich takie same historie, jakie w Warszawie opowiada się o dawnych cwaniakach i fetniakach.

„Najcenniejszy spadek baciarstwa” – czytamy w “Postupie” – „to lwowska gwara i humor”. Ukraińcy jak najbardziej czują się spadkobiercami lwowskiego międzywojnia. Cytując „znanego ukraińskiego lingwistę Jarosława Rudnickiego” gazeta pisze: „Lwowska ulica wytworzyła specyficzny nastrój, humor, który przyciągał, i któremu trudno się było oprzeć. W latach 1920-1930 lwowska gwara szerzyła się nie tylko w samym Lwowie, ale w całej Galicji”. Wiele słów „baciarskiego leksykonu” i dzisiaj – pisze „Postup” – przetrwało w języku lwowian.

Co to za słowa?

„bałak” to w ukraińskim lwowskim „rozmowa”, „bomba” czy „halba” to półlitrowy kufel piwa, „granda” to awantura, „randka” to obecne ukraińskie „pobaczniennia zakochanych”. Zresztą – poczytajcie sami:

Ukraiński “krótki słownik lwowskiej gwary”

A co piszą o lwowskim bałaku sami Ukraińcy? W ukraińskiej wersji „Wikipedii”, która źródłem może jest i kiepskim, ale jednak oddającym w jakimś stopniu narodowe podejście do kwestii, autor hasła pt. „Lwiwska hwara” napisał, że gwara ta to „howir, szczo sformuwawsja u Lwowi i jogo okolicjach, u rezultati zmiszannia ukrainskoj i polskoj mow z wkrapljenniami nimeckoj ta jewrejskoj leksyki”. Ukraiński autor wikipediowego hasła o baciarskim bałaku przyznaje, że był to „dialekt języka polskiego”, jednak mocne było w nim „nasączenie leksyki ukraińskimi słowami i wielki wpływ ukraińskiej fonetyki – „chlib” zamiast „chleb”, „h” zamiast „g” w wielu słowach etc.

W takim więc miejscu, jak Lwów język polski i ukraiński były sobie bliskie, choć – jak wiadomo – ich użytkowników dzieliło dużo i to ostro: choćby rachunek krzywd, religia i stosunek do młodego polskiego państwa.

Ukraińscy lwowianie obchodzą od niedawna „Dzień baciara”. Przypada on 1 maja, to alternatywa konserwatyzującego Lwowa dla święta pracy, często postrzeganego tu jako komunistyczne, “moskalskie” święto. Wydaje się, że jest to część opiewanej przez niektóre galicyjskie kręgi – szczególnie te artystyczno-intelektualne – „specyfiki” Galicji jako regionu Ukrainy. We Lwowie, w Stanisławowie, w Drohobyczu i Stryju dużo – przy kawiarnianych stolikach – dyskutuje się o „europejskiej przeszłości” regionu. Czci się głównie „babcię Austrię” i habsburskie czasy, ale i okres II RP traktowany są z pewną nostalgią, choć nie wolną od niechęci do porządków, które panowały „za Polaków”.

Jeśli jednak chcesz poczuć jaki był stary Lwów – pojedź tam. Oczywiście, że to już dawno nie to samo, ale wbrew temu, co głoszą historyczni apokaliptycy – oprócz murów przetrwało jeszcze nieco jego ducha.

* artykuł pt. „Batiary ukrainśkoho Lwowa, zwyczai” Olgi Charczyszyn
101 komentarze/y »
AHistoria, Interia.pl, Międzywojnie

Komentarze

101 komentarze/y do wpisu “Myślicie, że przedwojenny Lwów umarł?”

Dodaj komentarz


-->