Resztki II RP, czyli rząd, o którym mało kto wiedział

Tragicznie zmarłemu prezydentowi Kaczorowskiemu urządzono pogrzeb prezydencki. To on bowiem – przekazując prezydentowi Wałęsie międzywojenne insygnia władzy prezydenckiej – połączył II i III Rzeczpospolitą.

Śmierć prezydenta Kaczorowskiego i jego przeprowadzony ze wszystkimi honorami prezydencki pogrzeb przypomniały nam, że obok cokolwiek przaśnego PRL-owskiego ciągu pierwszych sekretarzy i przewodniczących Rady Państwa, równolegle istniała zupełnie inna władza. Władza, która – mimo, że wyłącznie symboliczna i często skandalicznie skłócona – kontynuowała jednak tradycję mitycznej już II Rzeczpospolitej.

Po Kutach

W 1939 roku władze II Rzeczpospolitej ewakuowały się z kraju jedyną bezpieczną drogą. Sojusznicza Rumunia była jedynym (oprócz Łotwy) krajem, z którym nie pozostawaliśmy w stanie konfliktu (ZSRR, Niemcy, tisowska Słowacja), który nie był sojusznikiem Niemiec (Węgry), lub z którym nie mieliśmy dokumentnie popsutych stosunków (Litwa). Ale i Rumuni – naciskani przez Stalina i Hitlera – domagali się od polskiego rządu zrzeczenia się prerogatyw. Rząd uprawnień do sprawowania władzy się nie wyrzekł, został więc internowany. Trzeba było wybrać kogoś, kto znajduje się poza zasięgiem tak Stalina, jak Hitlera.

Jak dowieźć rząd do Francji?

Prezydent Mościcki wybrał na swojego następcę Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego: przez jednych uznawanego za zawadiackiego, ale i charyzmatycznego oficera, przez innych – za zdemoralizowanego hulakę i birbanta, w dodatku fanatycznego piłsudczyka. Jako, że Polacy mają szczęście do decyzji kontrowersyjnych wydawanych w dramatycznych momentach, również ta decyzja została przez niechętnych piłsudczykom oprotestowana jak się patrzy. Gdy do protestów dołączyła Anglia i Francja, Długoszowski zrzekł się urzędu, internowani posarkali na bezczelne wtrącanie się obcych mocarstw w polską politykę wewnętrzną, a na prezydenta wybrano mniej kontrowersyjnego (choć także związanego z sanacją) Władysława Raczkiewicza. Ten – w geście budowanie narodowej jedności – tekę premiera wręczył skonfliktowanemu z piłsudczykami generałowi Władysławowi Sikorskiemu.

Francja – Anglia

We Francji przed niemiecką okupacji rząd – jako prawny byt wyjęty spod francuskiej administracji – rezydował najpierw w Paryżu, a następnie w Angers. Przed francuską klęską w 1940 roku przeniósł się – razem z częścią polskich wojsk – do Wielkiej Brytanii, korzystając z zaproszenia Churchilla (wtedy znów zaczęły się spory, a Sikorski został odwołany ze stanowiska premiera). W Wielkiej Brytanii rząd już pozostał. W miejsce rozwiązanych dekretem Sejmu i Senatu powołano Radę Narodową. I szybko zmontowano komisję do spraw zbadania przyczyn klęski wrześniowej.

Rząd, który pozwalano decydować. Lub myśleć, że decyduje

W okresie II wojny światowej polski rząd emigracyjny miał największe znaczenie. Wtedy kierował polityką zagraniczną kraju, organizował i nadzorował Polskie siły Zbrojne na Zachodzie oraz miał zwierzchność nad Polskim Państwem Podziemnym. To z nim negocjowano (włącznie z negocjowaniem z Czechosłowacją zalążku przyszłej konfederacji państw środkowoeuropejskich mającego być kontynuacją idei Międzymorza), to z nim rozmawiano, to on współdecydował o kształcie powojennej polski – a przynajmniej pozwalano mu tak myśleć, bo choć decyzję o polskich wschodnich granicach mocarstwa podjęły jeszcze pod koniec 1943 roku w Teheranie, to Polaków o tym nie poinformowano, skazując ich na późniejszą w tym temacie donkiszoterię.

Jak zanikało znaczenie

Podzieliła znów polski rząd sprawa układu Sikorski-Majski. Protesty przeciwko „układaniu się z Sowietami” wzbudziły wściekłość Aliantów (i połowy polskiego rządu), nie mogących pojąć, jak ktoś w tak beznadziejnej sytuacji jak Polacy może sabotować porozumienie osamotnionej na kontynencie Wielkiej Brytanii z jedyną siłą w zasięgu wzroku mogącą odwrócić losy wojny, nawet, jeśli siłą tą jest Stalin. Tym bardziej, że cały kontynent był rozjechany przez Hitlera, USA kręciły wtedy jeszcze nosem na wysyłanie wojsk za ocean, a sam układ, choć nie gwarantował przedwojennej granicy wschodniej Polski, to jednak zobowiązywał Stalina do wypuszczenia przynajmniej części więźniów z gułagów i zmontowania polskiego wojska.

Rząd ignorowany

Po wykryciu zbrodni katyńskiej ZSRR doprowadził do zerwania stosunków z londyńskim rządem i zaczął montować własne, sobie podległe struktury. Po śmierci gen. Sikorskiego w katastrofie lotniczej (o której zaaranżowanie oskarżano zarówno Hitlera, Stalina, jak i Churchilla) oraz układach Wielkiej Trójki w Jałcie rząd polski przeżywał kryzys. W międzynarodowych rozdaniach nigdy nie znaczył zbyt wiele, aż w końcu okazało się, że nie znaczy nic. Bezlitosna i zimna geopolityka okazała się ważniejsza, niż solidarność z sojusznikiem, inna sprawa, że niełatwym.

Jedność narodowa, przed którą trzeba uciekać

W wyniku postanowień konferencji w Poczdamie utworzony został 28 czerwca 1945 roku Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. W związku z tym, że wszedł do niego premier londyńskiego rządu Stanisław Mikołajczyk, zachodnie mocarstwa uznały, że pomiędzy moskiewskimi i londyńskimi ośrodkami polskiej władzy porozumienie się dokonało. Mikołajczyk – argumentowano –zapewnił ciągłość prawną rządowi przedwojennemu i wprowadził go w polski ład powojenny. „Jedność narodowa” i złudzenia Mikołajczyka skończyły się definitywnie po wyborach w 1947 roku, po których zagrożony aresztowaniem Mikołajczyk musiał w dramatycznych okolicznościach uciekać do USA (do gdańska dowiózł go na pace ciężarówki brytyjski dyplomata), a Polakom w kraju pozostały jedynie marzenia o generale Andresie na białym koniu i szeptem powtarzane wierszyki „Truman, Truman, puść ta bania”. Tylko antykomunistyczne podziemie na siłę utrzymywało w sobie resztki nadziei na „Operację Niewyobrażalne”. Podobnie, jak polski rząd na uchodźstwie.

Rząd jak organizacja pozarządowa

W Londynie na na jego miejsce premierem rządu został mianowany Tomasz Arciszewski. Kolejne kraje wycofywały dla niego swoje poparcie (poza Watykanem, Hiszpanią, Irlandią i przedrewolucyjną Kubą), zaczął więc w swoim funkcjonowaniu przypominać organizację pozarządową.

Pieniądze amerykańskiego wywiadu

Na przełomie lat 40-tych i 50-tych przez chwilę polski rząd emigracyjny próbowali wykorzystać Amerykanie, klecąc koalicję w czasie wojny w Korei. Cała sprawa jednak szybko się zawaliła i zostawiła za sobą kolosalną awanturę: Prezydent Zaleski, którego wybrano na prezydenta po śmierci schorowanego Raczkiewicza (w kontrowersyjnych okolicznościach, które doprowadziły do opuszczenia z hukiem rządu przez PPS), oskarżył powołaną za namową Amerykanów Radę Polityczną o przyjmowanie pieniędzy CIA. Niektórzy przypominali, że trudno było nie wykorzystać okazji zaszkodzenia Moskwie, inni brali stronę prezydenta przeciw Radzie, jeszcze inni koncentrowali się na wyszukiwaniu w tym całym zamieszaniu komunistycznych agentów i w ten sposób żarzyło się emigracyjne piekło.

Prezydent, który nie chciał odejść

Piekło to rozbłysło wielkim płomieniem w roku 1954, chwilę po tym, gdy na chwilę przygasło dzięki podpisaniu „aktu zjednoczenia narodowego”. Prezydent Zaleski nie zechciał bowiem przestać być prezydentem po upływie przewidzianej przez Konstytucję Kwietniową z 1935 roku pięcioletniej kadencji i odmówił przekazania władzy następcy.

Alternatywa wobec alternatywy

Zaraz uformował się triumwirat zwany Radą Trzech, w którego skład wchodzili Władysław Anders, Edward Raczyński (późniejszy prezydent) i Tomasz Arciszewski (który był pierwszym namaszczonym przez prezydenta Raczkiewicza, zanim ten zmienił zdanie). Po śmierci Arciszewskiego jego miejsce w triumwiracie zajął legendarny Bór-Komorowski. Rada Trzech ogłosiła się kolegialną głową państwa polskiego, czyli była „rządem alternatywnym wobec rządu alternatywnego wobec PRL”.

Pęknięta emigracja

Emigracja pękła na dwie części, obóz proprezydencki zwalczał obóz antyprezydencki i odwrotnie, emigracyjna prasa pełna była jadu, zarzutów, awantur i wywlekania brudów. W takiej atmosferze prezydent Zaleski pełnił swój urząd do śmierci w 1972 roku. Wyczerpana walką brytyjska emigracja uznała za prezydenta wyznaczonego przez Zaleskiego Stanisława Ostrowskiego i wydawało się, że wreszcie zapanował spokój. I że znów można skoncentrować się na tym, na czym się powinno, czyli na przypominaniu światu o polskiej sprawie i wspieraniu polskiej opozycji.

Prezydencka operetka

Szybko jednak na emigracyjnej scenie pojawił się niejaki Juliusz Nowina-Sokolnicki i ogłosił, że to nie Ostrowski, a on jest prawowitym spadkobiercą Zaleskiego. Nowina-Sokolnicki obwołał się „prezydentem wolnej Polski” zdymisjonował rząd (nie przejmując się faktem, że rząd nie zamierzał się rozwiązywać) i powołał własny.
Kij znów został wetknięty w szprychy, a zmęczona emigracja ponownie poszła na wojenkę.

„Kto da się zwieść Sokolnickiemu…”

W odezwie do „żołnierzy polskich sił zbrojnych” z 1977 roku, podpisanej przez Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych (tytuł wymyślony jeszcze przez Piłsudskiego) Z. Bohusza-Szyszko, generała dywizji. gen. Dyw. B. Ducha i gen. Dyw. S. Maczka, pieczętowanego międzywojenną pieczęcią „Kancelarii Cywilnej Prezydenta Rzeczypospolitej” (korona orła nie była na niej zamknięta i zwieńczona krzyżem, a tak wyglądał polski herb przyjęty przez rząd emigracyjny w 1956) czytamy, że Sokolnicki „podszywając się pod miano Konstytucyjnego i legalnego Prezydenta RP, rozdaje bezprawnie nasz najwyższy Order Wojenny Virtuti Militari, chlubę Wojska Polskiego i awansuje ich do wysokich stopni >>pułkownikowskich<< i >>generalskich<< przeskakując po parę stopni pośrednich”. W 1978 roku wydano „Rezolucję w sprawie akcji p. J. Sokolnickiego”, w której zapowiadano „wykluczanie z naszych związków wszystkich tych, którzy z takich czy innych powodów dali się zwieść p. Sokolnickiemu lub jego współpracownikom i ich popierają”.

Jako rażący przykład złamania „stanowiska niepodległościowego” podano fakt, że „mianowany przez p. Sokolnickiego generałem broni A. Zdrojewski towarzyszył sekretarzowi Pol. Partii Komunistycznej, Gierkowi, przy składaniu wieńca na grobie Nieznanego Żołnierza w Patyżu dnia 13.9.1977 r.”

Zakony i ordery

Mimo, że Sokolnickiego nie popierała tak duża część emigracji, jak Zaleskiego, ciągnął swoją operetkową prezydenturę praktycznie aż do śmierci. Powołał zakon rycerski, nadawał tytuły szlacheckie, ogłosił się VIII Wielkim Mistrzem Orderu Św. Stanisława (orderu przez siebie „reaktywowanego”, a historycznie ustanowionego przez Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jednym z jego ministrów był prałat Henryk Jankowski. Tak, ten prałat Henryk Jankowski. A jednym z kawalerów Orderu Św. Stanisława jest Jacek Majchrowski. Tak, ten Jacek Majchrowski.
W 1990 roku przekazał co prawda Lechowi Wałęsie insygnia władzy prezydenckiej (których nie posiadał), ale nie zamierzał poddawać się tyranii konsekwencji i przed swoją śmiercią w 2009 r. wyznaczył jako swojego następcę na stanowisko „prezydenta wolnej Polski” Jana Zbigniewa Potockiego powołującego się na hrabiowskie pochodzenie. Dopiero ten „zrzekł się swojej prezydentury” na rzecz Lecha Kaczyńskiego.

Resztki II RP

W czasie jednak, gdy obwieszony orderami i przepasany wstęgami, karykaturalny cokolwiek Sokolnicki był łatwym celem szyderstw dla PRL-owskich władz, rząd RP na uchodźstwie starał się nadal funkcjonować.
Po Ostrowskim prezydentem został Edward Raczyński, a po nim Kazimierz Sabbat, który swoim plebejskim pochodzeniem (był synem organisty) podważył powtarzaną często opinię, że cały ten emigracyjny rząd to salonowe zabawy międzywojennej, konserwatywnej i narodowo nadętej ziemiańszczyzny. Sabbat był dobrze prosperującym przedsiębiorcą i jako taki stanowił do pewnego stopnia zaprzeczenie tezy o oderwaniu „Londyńczyków” od rzeczywistości. Do pewnego stopnia, bo choć zdarzały się momenty, że świat odkurzał czasem rząd emigracyjny i słuchał, co ma do powiedzenia, to trzeba też przyznać, że piętnowanie z całą mocą jakiejkolwiek „kolaboracji” z PRL-em i uparte tkwienie w świecie wartości międzywojnia, które skończyłyby się niezależnie od tego, czy Polska przetrwałaby wojnę jako niepodległe państwo czy nie – trudno było nazwać aktywnym uczestnictwem w realnym życiu. Niemniej jednak londyński rząd przechował pamięć o prawdziwej historii Polski (w tym o Katyniu) i przeniósł choć część tradycji II RP, do której nawiązuje w dużej mierze nasza obecna Rzeczpospolita.
Kazimierz Sabbat doczekał zrębów wolnej Polski: zmarł już po czerwcowych wyborach. Jego następca, Ryszard Kaczorowski mógł rok później wręczyć Lechowi Wałęsie insygnia władzy (ordery i pieczęcie II RP).

Prezydent Kaczorowski – łącznik z II RP

Prezydent Kaczorowski, Sybirak, weteran, który zanim dostąpił tej najwyższej emigracyjnej godności był zasłużonym działaczem harcerskim, pochowany został w wilanowskiej Świątyni Opatrzności w trumnie opatrzonej prezydenckim proporcem i tabliczką z napisem „Ostatni Prezydent II Rzeczpospolitej”. Gdy żył, objęty został przepisami ustawy o byłych prezydentach RP i otrzymywał stałą pensję. Niezależnie od tego, czy „emigracyjna Rzeczpospolita” była tą „II”, czy nie, to jednak przetrwało w niej wiele z jej charakteru. A sam Ryszard Kaczorowski był tym, który przywiózł w 1990 roku jej ostatki do Warszawy i wręczył pierwszemu prezydentowi III Rzeczpospolitej.

73 komentarze/y »
Pseudhistoria

Komentarze

73 komentarze/y do wpisu “Resztki II RP, czyli rząd, o którym mało kto wiedział”

Dodaj komentarz