-->

Rozebrać Rumunię!

W czasie, gdy hitlerowcy okupowali Polskę, powstawały niesamowite plany jej odbudowy. Były one tak nierealistyczne, że przypominały raczej scenariusz jednej z obecnych internetowych geopolitycznych gier strategicznych, w których Polska swobodnie rozprzestrznić się może od Władywostoku po – powiedzmy – Kair, niż jakąkolwiek zdroworozsądkową propozycję. Przedstawimy dziś jedną z nich.

wizja gliszczyńskiego
Propozycja M. Gliszczyńskiego z 1942 roku.

Wizje takie wydawały się ponurym żartem w sytuacji, w której Polacy znajdowali się w czasie wojny – zdegradowani do pozycji zaszczutych “podludzi”, pozbawionych edukacji, poddawanych średniowiecznym egzekucjom, upokorzony klęską, skazanych na podziemną, nierówną walkę. W prawie każdej z nich bowiem Polska była mocarstwem, które bez problemu rozstawia po kątach sąsiadów, dyktując im takie granice, jakie uzna za dla siebie korzystne. Dobrym reprezentantem tych projektów była wizja niejakiego Mieczysława Gliszczyńskiego (być może mamy do czynienia z pseudonimem, wiadomo, że rzecz powstała na emigracji) z 1942 roku, którą przywołuje w swojej pracy pt. “Polska i jej granice” prof. Piotr Eberhardt.

Związek Zachodnio-Słowiański

Gliszczyński po wojnie (którą Polska nie tylko musiałaby zwyciężyć, ale zwyciężyć miażdżąco, i to zarówno w starciu z Niemcami, jak Związkiem Radzieckim) widzi w Europie Związek Zachodnio-Słowiański, który tworzy i któremu przewodniczy nasz kraj. Do związku przyłączyć mielibyśmy Czechosłowację, Ukrainę, a także Litwę i Białoruś (”łącznie ze swymi na wschód wysuniętymi rubieżami”, czyli po Homel i Witebsk.

Gliszczyński widzi przyszłość “Związku” w specjalnym porozumieniu z Ukraińcami, na których korzyść “godzi się” nawet na “nieznaczne zresztą zmiany terytorialne” w celu wykazania dobrej woli Polski (w sytuacji zresztą, w której Ukraina i Polska leżą w jednym państwie – i to takim, w którym Polska prowadzi “wiodącą rolę”, wspomniane “zmiany terytorialne” byłyby, oczywiście, jedynie kosmetyką). Jeśli chodzi o Czechosłowację i przyszłą z nią dobrą współpracę, Gliszczyński nie widzi potrzeby zwrotu Zaolzia, bo “kwestia dwóch powiatów nie może przesłonić szerszych horyzontów patrzenia”.

Przekonstruowanie Węgier

W tym punkcie Gliszczyński dochodzi do Węgier, których sprawę określa jako “delikatną”. Zauważa, że Polaków łączą z Węgrami “związku uczuciowe”, ale na ołtarzu pojednania polsko-czechosłowackiego odbiera niezbyt ciężką ręką Węgrom “ziemie słowiańskie na wschodzie i południu” (które powróciły do Budapesztu w wyniku pierwszego arbitrażu wiedeńskiego i aneksji przez Węgry tzw. “Karpato-Ukrainy”, efemerycznego państewka rusińskiego, które istniało przez jeden dzień po rozpadzie Czechosłowacji ), natomiast stratę tę, jak zastanawia się Gliszczyński, mocarstwowa Polska (bo, jak wspomina we wstępie do swojego tekstu Gliszczyński powojenne granice Polski “nie mogą być przedmiotem przetargów międzynarodowych”) mogłaby wynagrodzić Węgrom te straty terytorialne “na zachodzie i wschodzie kraju”.

Rozbiór Rumunii

Wreszcie docieramy do wspomnianej w tytule kwestii rumuńskiej. “Rumunia” – pisze Gliszczyński – “jako państwo poważnie traktowana być nie może. Zlepek ten należy rozwiązać następująco: Besarabia włączona zostaje do państwa ukraińskiego, cała Dobrudża do Bułgarii (względnie Związku Południowo-Słowiańskiego), Siedmiogród do Węgier, historyczne hospodarstwo Mołdawii do Polski w charakterze lenna, lub protektoratu. Środkowa część dawnej Rumunii z Bukaresztem stanowić może samodzielną prowincję pod wspólną kontrolą i opieką sąsiadów”.

Niemcom odbieramy co chcemy

Niemcom Gliszczyński odbiera “korek pruski” (czyli Prusy Wschodnie), a także Pomorze szczecińskie, Śląsk (Gdańsk jest zbyt oczywisty, by o nim, jak się wydaje, wspominać) i nieco ziem za Odrą. “Kwestie mniejszości narodowej niemieckiej rozwiążemy radykalnie” – pisze autor – “przew wszystkim nie jest ona taka wielka, ani jednolita, jak Niemcy głosili. Wszystko, co czuć będzie w sobie germańskość opuści nasze ziemie”.

Od morza do morza

Na wschodzie Gliszczyński sięga po morze Czarne. “Stosunek nasz do bałtyckich państw Łotwy i Estonii trudno ustalić, zależy jak ułożą się nasze granice i stosunki z Rosją” – pisze Gliszczyński, sugerując tym samym, iż uważa, że rozbiór Rumunii, przewrócenie Węgier na nice i odebranie Niemcom całego ich Wschodu (który w ówczesnej świadomości przeciętnego Polaka ledwie istniał, a Szczecin kojarzył się z polskością mniej więcej tak, jak Lubeka) za rzecz łatwą do ustalenia.

“Jako podstawy do dyskusji na temat granic przyjąć możemy granice administracyjne republik białoruskiej i ukraińskiej w Rosji Sowieckiej oraz państwową litewsko-łotewską z 1940 r.” – pisze Gliszczyński.

“Granice Wielkiej Polski”

Kto myśli, że ma do czynienia z głosem odosobnionym, jest w błędzie. Podobne, choć być może nie aż tak szeroko zakrojone koncepcje powstawały jak okupowana Polska długa i szeroka. Czym innym bowiem były rewindykacyjne wobec Niemiec postulaty naukowców konspiracyjnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich (kontynuacji Uniwersytetu Poznańskiego), a czym innym rysowanie imaginowanych i wręcz nieprzyzwoicie chciejskich kresek na mapach.

W publikacji “Granice Wielkiej Polski” opracowanej w 1941 roku w kręgach Stronnictwa Narodowego” domagano się przyłączenia do naszego kraju Pomorza Zachodniego z Rugią, obu Śląsków, Ziemi Lubuskiej, Łużyc, a także Prus Wschodnich. Na wschodzie uzyskać winniśmy tzw. Bramę Smoleńską oraz linię Dniepru. Tym samym tytułem opatrzył w 1942 roku swój tekst Henryk Jeżewski: w powojennej Polsce widział ziemie po “Odrę i Nissę Łużycką” z wyspami Wolin (w owych czasach nazywaną często Wołyń) i Uznam, a także wybrzeże od Szczecina do Kłajpedy. Na wschodzie – tzw “dimię Dmowskiego” (o której AHISTORIA pisała TU:

Państwo zachodnio-słowiańskie tworzyć chciał także Karol Stojanowski (ten, który po wojnie domagał się przywrócenia państwowości i świadomości narodowej Słowian Połabskich). Postulował on oparcie się w nowym tworze państwowym na rzymskim katolicyzmie. Prawosławni Serbowie, Bułgarzy i Rumuni (których widział w takim związku) powinni, po prostu, katolicyzm przyjąć.

Podobne przykłady można mnożyć.

Wizje a rzeczywistość

Można, oczywiście, założyć, że wizje tego typu są – po części – psychicznym odreagowaniem koszmaru niemieckiej okupacji i prostym przedstawieniem najkorzystniejszej dla “wielkiej Polski” sytuacji międzynarodowej przy idealnym dla niej rozdaniu kart. Nawet, jeśli uznamy je za takie, to – w przypadku, w którym, jak uczy nas doświadczenie dziejowe i położenie historyczne, narodowa tromtadracja prowadziła nas prędzej do zguby niż do upragnionego statusu mocarstwa – zastanawia, jak niewiele ówczesnych wizji politycznych liczyło prawdziwe siły na zamiary i jak rzadko próbowano kreślić – choćby i optymistyczne – ale i realistyczne wizje przyszłego rozdania międzynarodowego po klęsce hitlerowskich Niemiec. Nawet, przy założeniu (bo takie często brano), że – podobnie, jak w I wojnie światowej, i w tej klęskę poniosą zarówno hitlerowskie Niemcy, jak i sowiecka Rosja, wizje takie były – po prostu – absolutnie irracjonalne.

36 komentarze/y »
Pseudhistoria

Komentarze

36 komentarze/y do wpisu “Rozebrać Rumunię!”

Dodaj komentarz


-->