Wileńszczyzna: alternatywna historia Polski, która zdarzyła się naprawdę

Polska Wileńszczyzna nadal istnieje. I nie jest wyłącznie skansenem, który w Ostrej świeci Bramie, to nie tylko msze na Rossie i polsko-litewskie pyskówki narodowe o zapis nazwisk. Pod tą polonijną zastygłą skorupą, o której głównie słyszymy w mediach, istnieje młoda, nowoczesna i ambitna polska społeczność. Ma własny język, kulturę i coś do powiedzenia. To Polska, ale inna, niż w Polsce. To alternatywna historia Polski, która zdarzyła się naprawdę.

Kadr z filmu "Bausme" ("Kara") nakręconego przez litewskiego Polaka - Romualda Ławrynowicza. Wielu aktorów to litewscy Polacy.

Kadr z filmu "Bausme" ("Kara") nakręconego przez litewskiego Polaka - Romualda Ławrynowicza. Wielu aktorów to litewscy Polacy. Film zrealizowany jest w języku rosyjskim.

A język, w którym ma to coś do powiedzenia może nieźle zaskakiwać. Bo sympatyczna zaciągająca kresowa gwara, którą kojarzymy z kresowymi opowieściami równie sympatycznych staruszków, nieco się zmieniła.

Litewski Masłowska

Bartosz Połoński, po litewsku Bartas Polonskis, zrobił w środowisku litewskich młodych Polaków zamieszanie podobne do tego, jakie zrobiła Dorota Masłowska „Wojną polsko-ruską”. Ale ile bohaterowie Masłowskiej, jak niektórzy zauważają, mówią nieco wymyślonym „dresiarskim”, to u Połońskiego młodzi litewscy Polacy mówią po prostu tak, jak się w ich środowisku mówi. Piją, palą, kręcą dżointy, kombinują kasę, chłopaki podbijają do panienek, dziewczyny rwą chłopaków. Słuchają muzyki, marzą o furach, czasem wybuchnie jakaś klepanina. Wilnianie załatwiają w tym języku swoje normalne sprawy młodych ludzi. Czyli robią to wszystko, do czego ta śpiewająca, zaciągająca, kresowa mowa do tej pory nam nie pasowała, bo wiązaliśmy ją z pokoleniem naszych dziadków i pradziadków. Ta mowa, która w opinii wielu Polaków uchodzi za cień przeszłości, za język prawie martwy, jak łacina – żyje, bo oni, młodzi Polacy z Wilna, żyjąc tak samo, jak my, mówią nią po swojemu.

Czyli jak?

Dzisiej piątek, ale mnie jakoś wpadłu tusawatsa, lepiej wyśpiamsie i jutro do Robczika na tusniak schodza, ciołek popatrza, anuż co wyjdzi. Dzisiej nic ni robia. Żurnały popatrza, jutro lekcji porobia, a to maciesza u mnie ni priot, zapuścił te logarytmy czy jak ich tam…

Albo tak:

Mnie nazywać Wladek Borejko. Ja narmalny pacan. Uczam sie niezle. U nasz w szkole wsie bazariat na wpoł pu rusku poł pu polsku, a bo tak po proszczie. I w domu z radakami ja tez bazaria tak samo. nu ni pra bazar ja chciał opowiedzieć, a pra baby jednej afigiennej, której spotkał w Maximie [litewska sieć sklepów] – ja dzisiej.

Karoczie poszed do maximy sok kupić. I tam gdzie papryka sprzedajo tam zobaczył jak ona czerwona cebula ważyła i du worka składała. Ona tyłem stała, ale ja już czuł, że to gluk baba. Karoczie jak udwruciła sie to ja odrazu wkochałsie w niej.

Ona taka afigienna. Ja nawet ni pamientam jak jej zakadril. Ale my z nio bazarili caly wieczor. Ona po litewsku tyko umie bazaric. Ona taka zycie lubi. Nie paritsa, i innych z parki wydostai. W sam raz mnie padchodzit. I calui sie nichila, nu co prawda posli piontej byczki.

A tak ten fragment brzmi wypowiedziany:

Ci, którzy posługują się wileńską polszczyzną, posługują się nią naturalnie. Zupełnie tak samo, jak polscy rówieśnicy. Wileńska odmiana polszczyzny jest tak samo żywa, jak język polski. I, jak się wydaje, o wiele bardziej żywa, niż większość polskich dialektów (choć, notabene, obserwujemy obecnie ich odrodzenie).

Wszystkie opublikowane do tej pory odcinki „Robczika”:

Część 1
Część 2
Część 3
Część 4
Część 5
Część 6
Część 7
Część 8
Część 9

Dialekt północnokresowy nadal żyje i kąsa

Oto, jak mówią młodzi litewscy Polacy w tak zwanych warunkach barowych. Swobodnie skaczą z polskiego w litewski i z litewskiego w rosyjski. Uwaga: sporo przekleństw. Zarówno po polsku, jak i w innych językach.

Tak. Język wileńskich Polaków jest zruszczony po korzenie. Polskie instytucje krytykują to zjawisko i narzekają, że zarówno gwara wileńska, jak i język polski się degenerują. „Robczik” służy za przykład „jak się nie powinno mówić”.

Pewnie, że jest to jakaś forma degeneracji – ale ten wileński, zruszczony dialekt funkcjonuje w rzeczywistości. Czy jeśli zamknie się oczy, świat zniknie?

„Zły, zły, zły dialekt”

„A nashiot pagarby [„pagarba”: po litewsku „szacunek” – przyp. AHistoria] swojej mowie, to chyba pagarba wyraża sie w autentyczności – pisze autor „Robczika” na forum pod jednym z odcinków swojej powieści zamieszczonej w sieci. – „Gerbti [szanować] mowa, to znaczy nie wstydzić sie swojej mowy, uzywać jej tak, jak używają jej ludzie spod strzechy. Natomiast stylizowanie sie na warszawski akcent, i końcówki, i składnię, to jest niszczenie swoistości języka, który mamy tutej na Litwie. Swoistość polega na mieszance polskiego-ruskiego-litewskiego. Ja nie mówia, ze Polacy na Litwie powinni propagować ruska kultura, ale fakt, ze język został zdeformowany i trzeba to pokazać”.

Podobne zarzuty stawia się blogowi Eweliny Mokrzeckiej „Pulaki z Wilni”która posty zapisuje tak, jak się je słyszy: w języku wileńskiej ulicy.

Pulaki w necie

„Na puczontek puwiem, czemu cościk takiego powstało, jak ten blog. Tak co wot: na Wileńszczyźnie mami swoje gaziety, taki jak „Kurier Wileński”, „Wileńszczyzna” itd. Ale nima u nas czeguścik takiegu, żeb Wilniuk czytałby po swojemu, w tzw. jenzyku wileńskim. Bądź co bądź jenzyk wileński jest jedyny w swoim rodzaju i musim jegu pilengnować […]. Tak co kochanińkie, ta strona bendzi poświęcona nam – Wilniukom! Pujichali!”

Tak pisze Ewelina. A wielu starszej daty Wilniuków uważa, że jej blog kala „prawdziwy dialekt wileński”.

„Ten niewinny blog potrafi […] niektórych czytelników doprowadzić do dzikiej furii, co można prześledzić w komentarzach lub w dyskusjach na portalach społecznościowych”pisze w wileńskiej „Wilnotece” Ewa Wołkanowska. – „Dyskutanci zarzucają Ewelinie, że język, w którym pisze, nie ma nic wspólnego z mową wileńską. Ani to gwara, ani to dialekt. Co zatem? Żargon młodzieżowy! Slang wiejsko-uliczny! Zrusyfikowany język białoruski! „Jakiś „ruski” próbuje wmówić nieświadomym, że tak rozmawiają Polacy!” – grzmią przeciwnicy bloga.

Oczywiście, nie wszyscy litewscy Polacy mówią tak, jak pisze Ewelina, ale uczciwie trzeba przyznać autorce, że jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Nie ona wymyśliła takie słowa, jak stecka (ścieżka), siulić (proponować), świnina (wieprzowina) czy tusawatsa (imprezować) – słowa te funkcjonują na wileńskiej ulicy oraz w Sieci. Weźmy choćby popularny portal Facebook. Zaglądam na profile moich znajomych. Co piszą? Rajmund: „Ciekawimsia dokumentyko, bardzo tez chcem robic film o szkole” (Interesuję się filmem dokumentalnym, chcę nakręcić film o szkole), Wiktor: „Ja znowu samy afigienny” (Znowu jestem najbardziej super), Robert: „Ty jak mnie zobaczyl obsiukal sie?” (Narobiłeś w majtki, gdy mnie zobaczyłeś?”), Agata: „Ty zawsze ze swoimi zartami nastoj ludziom podymujesz” (Twoje żarty poprawiają ludziom humor), Ela: „A ty viesz, ty czyms na Lansbergisa smachivajesz” (Jesteś podobny do Landsbergisa), Daniel: „Ja niponial co ty nerwujiszsia” (Nie rozumiem, czemu tak się denerwujesz)”.

Tak się po prostu mówi.

Alternatywna historia Polski w świecie rzeczywistym. Jak wyglądałaby Polska Socjalistyczna Republika Radziecka?

Ewelina przyznaje, że zdaje sobie sprawę, że „nowowileński” różni się od „starowileńskiego” głównie ilością rusycyzmów. Ale tak mówi wileńska młodzież. Miałaby „czyścić” tę mowę? Nie zapisać jej? Nie udokumentować? Udawać, że ta gwara zniknie, jeśli się ją zignoruje? A może właśnie warto ją zachować: jako signum temporis, jako relikt pewnej epoki, jako wartość samą w sobie?

Wileńszczyzna to spełniona alternatywna historia Polski. Pokazuje, jak mógłby wyglądać nasz kraj, gdyby w 1945 roku wcielono go do ZSRR. Miasta pobłogosławione byłyby elementami radzieckiej architektury w jeszcze większym stopniu, niż są. Na ulicach dożywałyby swoich dni półmartwe żiguli, wołgi i zaporożce zamiast polonezów oraz dużych i małych fiatów. Mentalność prawdopodobnie osunęła by się jeszcze bardziej na wschodnią stronę.

Język polski byłby prawdopodobnie w podobnym stopniu zrusyfikowany, co obecnie funkcjonująca wileńska gwara, a na polską popkulturę miałaby wpływ kultura rosyjska. Tak samo, jak na Litwie, ale nie tylko. i bynajmniej nie w największym stopniu: „rosyjska wersja globalizacji” to zjawisko funkcjonujące w całej poradzieckiej przestrzeni.

Globalizacja a’la maniere Russe

Litewscy Polacy mieszkają głównie na Wileńszczyźnie. Tam też żyje najwięcej litewskich Rosjan. W skali kraju obie mniejszości stanowią odpowiednio niecałe 5 i niecałe 7 procent ludności, ale w Wilnie procent jednych i drugich jest około trzy razy wyższy. Na samej Wileńszczyźnie są miejsca, gdzie Polacy stanowią nawet 80 procent mieszkańców.

ZSRR padł już wiele lat temu, ale na Litwie, a szczególnie na Wileńszczyźnie, nadal czuć wpływy rosyjskiej popkultury. Ludzie słuchają rosyjskiej muzyki, oglądają rosyjskie filmy i seriale. Znają język. Od czasów litewskiej niepodległości Litwini wypierają rosyjski ze szkół. Ale Polacy to Słowianie, łatwiej ten język absorbują: rosyjski znali i znają ich rodzice, znają ich sąsiedzi.

Podobna „wojna kulturowa” toczy się na Ukrainie: kraj jest w dużym stopniu zruszczony. Wielu prozachodnich Ukraińców narzeka, że odtworzenie ukraińskiej przestrzeni kulturowej jest trudne, bowiem została ona zrusyfikowana prawie do cna: na wschodniej Ukrainie ze świecą szukać mówiących po ukraińsku, a pisarz Serhij Żadan jest wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Ale nawet na tradycyjnie mocno proeuropejskim zachodzie Ukrainy rosyjska popkultura trzyma się mocno. Może sprawdzić to każdy, kto przejdzie przez przejście graniczne w Medyce i wsiądzie do pierwszej „marszrutki” odjeżdżającej do Lwowa i poczeka, aż kierowca włączy radio.

W Polsce rosyjską kulturą interesują się raczej intelektualiści, pasjonaci Wschodu. W przestrzeni poradzieckiej rosyjski pop to jeden z dominujących wariantów kultury. O ile na zachodzie Ukrainy w miarę wyraźnie widać stosunkowo wiele elementów kultury Zachodu (np. subkultury młodzieżowe – skejci, metale itd.), im bardziej na wschód tego kraju – tym mniej ich jest. W miastach wschodu Ukrainy dominuje popkultura rosyjska, to w zasadzie rosyjska przestrzeń kulturowa: rosyjskie media, rosyjska muzyka, „wschodni” styl ubioru. Większe miasta bywają bardziej zwesternizowane, ale we Lwowie czy w Czerniowcach wpływy zachodniej kultury są o wiele bardziej widoczne, niż w Dniepropietrowsku czy w Zaporożu.

Wszyscy klną po rosyjsku

Najczęściej pojawiającym się w wileńskiej polszczyźnie rosyjskim słowem jest poczciwa, ruska „bladź”. Młodzi Wilniucy powtarzają ją tak często, jak ich koroniarscy równieśnicy jej polskojęzyczny odpowiednik.
- Nie tylko litewscy Polacy klną po rosyjsku – zauważa Ewelina, autorka „Pulaków”, i ma rację: nasze zawiesiste przekleństwa odnoszące się do genitaliów tak męskich jak żeńskich, a także do czynienia z tych genitaliów użytku, pochodzą z rosyjskiego i są pamiątką po oddolnej rusyfikacji języka polskiego z czasów zaborów.

Ale nie tylko Polacy klną po rosyjsku. Litwini robią to z równą namiętnością.

Sami sprawdźcie. Oto fragmenty litewskiego filmu „Zero2”. To coś w stylu polskich “Chłopaki nie płaczą” czy innych średnio udanych podróbek filmów Guya Ritchiego, dobrze jednak obrazuje sprawę:

- Bo rosyjskie przekleństwa są mocne, a te litewskie – jakieś takie niepoważne… – uważa Ewelina. – „Zaltie”, czyli „żmijo”, albo „rupuże”, czyli ropucho…

Poważne, czy niepoważne – od ropuch zwyzywał kiedyś litewskiego pogranicznika Melchior Wańkowicz, o czym wspomina (albo i zmyśla) w „Na tropach Smętka”. I jest to podobno słowo, którego „żaden Lietuvis nie przeniesie”.

Czytając „Smętka” można odnieść wrażenie, że Wańkowicz niespecjalnie serio traktował bałtyjskich Litwinów. Jak i – zresztą – reszta Polaków. Co nie przyczyniło się, notabene, do przyjaźni między narodami i międzynarodowego zaufania.

Dwie wersje litewskości

W chwili bowiem, gdy Polska wybijała się na niepodległość, żywa jeszcze była pamięć Wielkiego Księstwa Litewskiego: krainy o tożsamości raczej słowiańskiej, niż bałtyjskiej. Odrodzenie litewskości w tej drugiej wersji tej drugiej było dla Polaków całkiem niemiłą niespodzianką. Nagle, pod bokiem młodego państwa, w miejsce wiernej Litwy, części która jeszcze w 1863 ramię w ramię z Polakami stawała do walki z carem w imię Rzeczypospolitej – wykluł się kraj obcy: ostrożny wobec Polski, bo pełen obaw o swoją świeżo odbudowaną tożsamość.

Nieprawdą jest bowiem, że w przedwojennym Wilnie nie było Litwinów: owszem, byli – tyle, że polskojęzyczni i w większości lojalni wobec Polski, bo to z Polską Litwa taka, jaką znali i której częścią się czuli, związana była tak kulturowo, jak językowo. Ta inna, bałtyjska wersja Litwy, odrodzona w zachodniej części kraju, była dla nich rzeczą obcą, już nieznaną, zakopaną głęboko w historii. Dlatego też quasi-państwo, które utworzono na Wileńszczyźnie po oderwaniu jej przez Żeligowskiego od Kowna nazwano Litwą Środkową, a w jej herb – obok orła – wmontowano pogoń: nikomu nie przyszło do głowy negować litewskości tego rejonu. Tyle, że była to litewskość zupełnie inaczej interpretowana.

litwa środkowa

Litewskie strachy, polska wściekłość i ci, którzy są tym wszystkim zmęczeni

Litwini boją się tej „podwójnej nielitewskości” Polaków z Wileńszczyzny: obawiają się mniejszości, która nie chce przyjąć bałtyjskiego wariantu litewskości, tylko trwa przy swojej polskości, nierzadko zarzucając Litwinom, że to oni, litewscy Polacy są prawdziwymi spadkobiercami Wielkiego Księstwa Litewskiego, w którym przez długi czas dominująca tożsamość była tożsamością słowiańską, nie bałtyjską.

Litewscy nacjonaliści odpowiadają polskim nacjonalistom, że po pierwsze jeśli nie podoba im się Litwa taka, jaka jest – zawsze mogą jechać do Polski. A po drugie, nie są żadnymi Polakami, tylko Białorusinami, którzy nagle zaczęli przyznawać się do polskości. Polscy narodowcy uderzają w histeryczne tony, co przychodzi im tym łatwiej, że Litwini faktycznie nie wypełniają unijnych standardów jeśli chodzi o ochronę mniejszości narodowych. Nie pozwalają Polakom zapisywać nazwisk w ich własnym języku, kombinują jak mogą przy polskim szkolnictwie i zwrocie majątku zajętego w czasach ZSRR.

Organizacje litewskiej Polonii i litewski rząd, zdominowany obecnie przez nacjonalistów, tkwią w klinczu zimnej wojny domowej.

A młodzi Polacy, zrusyfikowani, zlituanizowani czy po prostu posiadający własną polską tożsamość, mają już tej ultranarodowej, histerycznej retoryki serdecznie powyżej uszu. Oczywiście, że chcą swoich praw mniejszościowych, ale nie zamierzają z Litwinami się żreć, tylko żyć razem z nimi tak samo, jak żyją.

Chcą spokojnego dialogu, a nie powrzaskiwania na siebie z okopów. Uważają, że gdyby „starsza generacja” nie była tak głęboko zanurzona w bebechach przeszłości, wszystko byłoby o wiele prostsze.

- Litwini odnoszą się do nas z respektem. nie miałem nigdy doświadczenia konfliktu związanego z polskością – mówi Bartek Połoński, autor „Robczika”. – To jest raczej problem starego pokolenia.

- Teraz w czasie globalizacji mamy takie możliwości, ze poczucie ojczyzny nie jest ważnym wskaźnikiem dla młodych ludzi – uważa Połoński. – Oni patrzą na możliwości pracy lub nauki i tam korzystają, gdzie jest najlepiej. Polacy cieszą się, ze mogą mówić w wielu językach i pracować w projektach międzynarodowych.

Wilno wraca do wielokulturowości?

- Miasto jest trójjęzyczne, wraca do swojej wielokulturowości, to jest jego tradycja – mówi wileński filmowiec i poeta Romuald Ławrynowicz, który zabiera się za ekranizację „Robczika”. – Litwini, owszem, mają większą tendencję do trzymania się ze sobą, ale środowiska są raczej zintegrowane. Polskiego nie znają raczej tylko ci, którzy przyjechali do stolicy gdzieś z zachodu Litwy. Ci urodzeni w Wilnie rozumieją po polsku.

Nie trzeba, oczywiście, dodawać, że wszyscy młodzi Polacy mówią po litewsku. W prawie absolutnej większości tak naturalnie, jak po polsku.

Trailer polskojęzycznego filmu „Hatestory” wyreżyserowanego przez Ławrynowicza

- Oczywiście – mówi Ławrynowicz – polskie i litewskie środowiska artystyczne mają swoją odrębną specyfikę. Polska kultura jest bardziej słowiańska: ironiczna, emocjonalnie wybuchowa, czasem idąca w stronę Kusturicy. Litewska jest bardziej wewnętrzno-poetycka, medytacyjna.

Inna Polska

Polska tożsamość litewskich Polaków jest silna, ale ojczyzną jest bardziej Wileńszczyzna, niż Polska czy Litwa, trochę, jakby stanowiła nieco inny kraj. Z jednej strony czują silną odrębność od reszty Litwy, z drugiej – jak mówi Ewelina, autorka „Pulaków z Wilni”, gdyby był mecz Polski i Litwy – wileńscy Polacy raczej instynktownie kibicowaliby Litwie. To jest ich państwo, są jego obywatelami, żyją w jego rzeczywistości.

- Kolega Litwin mnie kiedyś pytał: „gdy będzie wojna polsko-litewska, to kogo będziesz bronił?”
Nie odpowiedziałem dotychczas na to pytanie – mówi Bartosz Połoński. – Mam nadzieję, ze wojny nigdy nie będzie.

Wielu z nich wyjeżdża do Polski, decydują się tutaj zostać, ale wielu za swoją ojczyznę uważa Wileńszczyznę. Bartosz, autor „Robczika” pisze na forum, że w Polsce mówi po polsku, ale kiedy tylko wraca na Wileńszczyznę – pisze – „bazariu po naszemu”.

Romuald Ławrynowicz, który chce ekranizować „Robczika”, zapowiada, że przedstawi w filmie całe wileńskie środowisko: zarówno to narodowe, zgrupowane wokół „Kuriera Wileńskiego” i Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, które od 20 lat wykłóca się – bez specjalnych efektów – z Litwinami o prawa mniejszości, jak i to młode, nowoczesne, funkcjonujące między Litwinami i litewskimi Rosjanami, które dobrze odnajduje się w wielokulturowej rzeczywistości Wilna, przy okazji zachowując swoją mocną polską tożsamość, choć wyrażaną specyficznym, trzeba przyznać, językiem.

Pozostaje mieć nadzieję, że mu się to uda. I że Polacy z „Korony” dowiedzą się, że polska Wileńszczyzna jak najbardziej żyje, że nie jest skansenem, że Polacy żyją tam tak samo po polsku, jak w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku. Tyle tylko, że ta polskość jest trochę inna. Jak z historii alternatywnej. I nie jest to skostniała polska cepelia, tylko coś żywego. I bardzo intensywnego.

Ziemowit Szczerek

Słowniczek współczesnej gwary wileńskiej ze stron „Pulaków”. Przyda się.

Słowniczek od A do D
Słowniczek od E do N
Słowniczek od O do P
Słowniczek od R do Z
Frazy „nowowileńskie”
…I „trochi gramatyki”

„Elementy obcojęzyczne w mowie potocznej młodzieży polskiej (na przykładzie grupy młodzieży z Pogir w rej. wileńskim).” – Praca magisterska Olgi Iwanuszkinej napisana na Wileńskim Uniwersytecie Pedagogicznym

„Analiza socjolektu młodzieży polskiego pochodzenia w Wilnie” – praca magisterska Marty Oleńskiej napisana na tym samym uniwersytecie

Skrót artykułu na temat specyfiki wileńskich forów internetowych napisany przez panią Kingę Geben z Uniwerstytetu Wileńskiego.

44 komentarze/y »
Inne spojrzenie, Młoda historia

Komentarze

44 komentarze/y do wpisu “Wileńszczyzna: alternatywna historia Polski, która zdarzyła się naprawdę”

Dodaj komentarz