Co sądzą (i sądzili) Czesi o Polakach?

Wszyscy znamy polski stereotyp Czecha. Ale czy stereotyp ten zawsze był taki sam? A jaki jest czeski stereotyp Polaka?

neznamy soused

Facebookowy profil „wypowiedzmy wojnę Czechom i im się poddajmy” zgromadził prawie 5000 użytkowników. Czesi mają inną facebookową grupę: „Chceme moře místo Polska”. Czesi do polskiego entuzjazmu podchodzą nawet nie tyle chłodno, co obojętnie.

Dwa stereotypy Czecha: inteligencki i plebejski

W Polsce funkcjonują dwa stereotypy Czecha. Pierwszy to stereotyp – nazwijmy go – inteligencki.

Czyli taki: Czesi lubią spokój, a nie cierpią egzaltacji. Śmieją się z zabobonów, w tym religijnych. Lubią sami siebie i mają do siebie zdrowy dystans. Ten dystans owocuje najlepszą na świecie literaturą i kinematografią.

Czy najlepsze na świecie piwo również jest efektem tego czeskiego dystansu – nie wiadomo, ale czeskie piwo najlepsze na świecie jest.

Polski inteligent postrzega Czechy jako kraj, w którym kultura wysoka w bezpretensjonalny sposób miesza się z niską: Jaromir Nohavica, czeski bard, raczej nie zaśpiewałby „Murów” czy „Modlitwy o wschodzie słońca”. Nie znaczy to, że Nohavica unika poważnych tematów: wręcz przeciwnie. Tyle, że śpiewa je z pozycji prostego „Jarka z Ostrawy”.

Drugi to stereotyp – nazwijmy go – plebejski: Czesi (czyli Pepiczki) to podlizujący się Niemcom tchórze, którzy wolą pić piwo, niż walczyć. Nie mają za grosz honoru ani, jako ateiści, żadnych wartości. To jałowa ziemia.

Trudna czechofilia

Stereotyp plebejski dominuje na forach internetowych. W artykułach, reportażach, esejach – dominuje stereotyp inteligencki. Przestaje on być bezkrytyczny: powoli rozpętuje się debata nad polskim postrzeganiem Czechów. Prym w niej wiedzie Mariusz Szczygieł, którego „czeska dylogia” jest już biblią polskiego czechofila, przy czym nie jest to „czechofilia na kolanach”. Czechofile zdają sobie sprawę, że ich miłość do Pepików jest trudna i raczej nieodwzajemniona.

Stereotypy polsko-czeskie w (stosunkowo) niedawnej przeszłości

Edward Lewandowski w „Pejzażu etnicznym Europy” pisze: „Z dużym uproszczeniem można przyjąć, że Rosjanie są narodem ludowym, Polacy szlacheckim, a Czesi mieszczańskim”.

O Polsce w czeskich oczach pisał na początku XX w. Jarosław Haszek w „Szkicach z galicyjskiej anabazy”, który cesarsko-królewską jeszcze Galicję przewędrował wzdłuż i wszerz (jak i inne krainy habsburskiego imperium).

Stereotypowy Polak to szlachcic. „Choć ubogi”, jak dodałby Rzędzian. W języku czeskim funkcjonuje takie określenie Polaków, jak „panska žebrota” bądź „velkomožna žebrota”.

Polacy ze „Szkiców…” to zacofane, rozpite, rozmodlone szlachciury na krawędzi ekonomicznej zapaści. Której – dodajmy – sami sobie są winni, jako, że nie mają najmniejszego zamiaru nadążać za światowym postępem i w średniowieczny sposób żerują na równie zacofanych, rozpitych i rozmodlonych chłopach.

Anachroniczna gospodarka ledwie zipie, stosunki społeczne opierają się na bigoterii, czytaj: hipokryzji.

Czech – ciemiężca z urzędu

Polacy nie pozostawali Czechom dłużni. Stereotyp Czecha w polskiej Galicji również był daleki od pozytywnego: Czech był nędznym, „cysarskim” urzędniczyną. Antoni Kroh pisze w książce „O Szwejku i o nas”:

„W publicystyce i prozie polskiej XIX–XX wieku przewija się pogląd, że początek czesko-polskim animozjom dała fala przybyszów do Galicji – urzędników cesarskich, wśród których było wielu Czechów, mniej lub bardziej zniemczonych.

Oni tworzyli na tych ziemiach pierwszą nowoczesną administrację. […] Szlachcic polski, od stuleci nieznający biurokracji, obywający się bez dokumentów (verbum nobile wystarczało), nienawykły do systematycznego płacenia podatków […] – okazywał przybyszom pogardę, za którą krył się strach.

W jego oczach urzędnik był dziwacznym tworem, mieszaniną pachołka i okupanta. Gryzipiórkiem, wyposażonym we władzę”.

Czesi w Polsce jak Anglicy w koloniach

Tak więc Czesi, którzy przybywali do Polski, zachowywali się tak samo, jak wielu późniejszych polskich międzywojennych urzędników i nauczycieli wysłanych na Kresy Wschodnie – traktowali lokalną ludność z góry, uznając ją za „gorszą” – bo mniej cywilizowaną.

Pogarda, ten sam paskudny odruch – nie miejmy wątpliwości – powodował Anglikami w Indiach, Belgami w Kongu czy Francuzami w Gujanie.

Czechy stały na wyższym stopniu rozwoju, niż Galicja, zwróciły się bowiem w stronę ówczesnego centrum cywilizacyjnego: na zachód. W stronę krain protestanckich, germańskich. Jak czytamy u Wilczyńskiej, syn Adama Mickiewicza, Władysław, dostrzegał wiele wpływów niemieckich u Czechów, bowiem „nie mieszka się bezkarnie w bliskiem sąsiedztwie licznych Niemców”.

Przepolscy Precliczkowie i pogarda

Galicjanie gardzili „zniemczonymi urzędasami”. Czesi patrzyli z góry na biedną i zacofaną Galicję. Ale potomkowie Czechów polonizowali się nader szybko. Do tej pory w krakowskiej książce telefonicznej znaleźć można wyjątkowo dużo czeskich nazwisk. Wystarczy przypomnieć, że ojciec przepolskiego Jana Matejki urodził się jako František Matějka, czeski chłop spod Hradca Kralove, a gdyby ojciec Gustawa Holoubka był Polakiem, a nie Czechem, to nosiłby raczej nazwisko Gołąbek.

Czechów przezywano wtedy, pisze dalej Kroh, „Bohmakami”, „Wencliczkami” i „Precliczkami”. Ten ostatni przydomek nie pochodził jednak od precli (a przynajmniej nie bezpośrednio), a od głównego bohatera powieści Jana Lama „Wielki świat Capowic” – Wenzla Pretschlitschka).

Nasz swojski „Pepik” wywodzi się, według Kroha, dopiero z 20-tych XX wieku.

„Pepik, zdrobnienie imienia Józef […],praski cwaniak, ulicznik o złotym sercu, odpowiednik paryskiego gawrosza, krakowskiego lub warszawskiego antka albo lwowskiego batiara, jest typem literackim stworzonym przez popularnego czeskiego pisarza drugiej połowy XIX wieku, Jana Nerudę” – pisze Kroh w cytowanym już „O Szwejku i o nas”.

Podróże kształcą

Jednak również tamten stereotyp, stereotyp „Precliczka”, był – jak się wydaje – wariantem stereotypu plebejskiego. Ci bowiem Polacy, którzy podróżowali do Czech, mieli na temat mieszkańców tego kraju zupełnie inne zdanie, niż ci, którzy stykali się z nimi wyłącznie w Galicji.

Ciekawą pracę, zatytułowaną „Wizerunek Czechów w relacjach podróżników polskich XIX w.”, napisała na ten temat i opublikowała na łamach „Młodszej Europy – portalu Europy Środkowo-Wschodniej” Agnieszka Wilczyńska. (CZYTAJ TU)

W relacjach tych pojawiają się zachwyty nad czeską gospodarnością i rozwojem kraju. „Podróżnicy polscy chwalili czystość i porządek panujący w osadach kraju świętego Wacława” – pisze Wilczyńska.

Chwalili też wyjątkową uprzejmość Czechów. „Opinie tych, którzy poznali Czechów we właściwym im środowisku, znacznie różniły się w tym względzie z sądami Polaków z Galicji, mających styczność z urzędnikami czeskimi. Galicjanie bowiem zarzucali im lekceważący stosunek, ciemiężenie i wyśmiewanie polskości, natomiast Polacy wędrujący po ziemiach Korony Świętego Wacława zazwyczaj pozytywnie wyrażali się o uprzejmości tutejszej ludności” – czytamy.

Czech na kolanach!

Zresztą, Polak nie byłby Polakiem, gdyby nie posiadał zdrowych – poniekąd – polskimi odruchów, które „nie pozwalają plusom przysłonić minusów”, przynajmniej nie bezwzględnie. Wilczyńska pisze, że, wymieniając czeskie wady, Polacy zwracali przede wszystkim uwagę na dwie: „ogromny lojalizm wobec rządu wiedeńskiego oraz lekceważący stosunek do innych narodów”.

Ten „lojalizm” nam, wychowanym na antyhabsburskim tonie Haszka i jego rówieśników, wydaje się cokolwiek zaskakujący. Ale największe zaskoczenie dopiero przed nami.

Bo – uwaga! Jak można przeczytać u Wilczyńskiej, XIX-wieczni podróżnicy zwracali uwagę na nadzwyczaj silną religijność Czechów.

Tak więc Czesi, dumni ze swojej świeckości i zdroworozsądkowości, wyśmiewający religijne zabobony – są w swojej świeckości względnymi świeżakami.

Co znów ciekawe, polscy podróżnicy nie widzieli na ziemiach Wacława monolitu. Dostrzegali według Wilczyńskiej, istotną różnicę między Czechami a Morawianami. Morawianie mieli być względem Polaków bardziej gościnni i nie wykazywać – jak Czesi – wyższości.

Zacofana Polska

Polska dla przeciętnego Czecha to jeden z krajów szeroko pojętego, zacofanego Wschodu. Taka kolejna Rosja, Białoruś czy Ukraina – tyle, że używa się w niej łacinki w miejsce cyrylicy, a wierni rozmodlają się w kościołach, a nie w cerkwiach. No i nie było tu ZSRR, choć na pierwszy rzut oka trudno to dostrzec.

Słowem – stereotyp na temat rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju przypomina polski stereotyp względem Rosji, Białorusi i Ukrainy.

„W świadomości czeskiej Polak uchodzi jednak za szlachciurę, zadufka, nieroba i pijaka. […]” – pisze Edmund Lewandowski pisze w „Pejzażu etnicznym Europy”.

„[…] Czesi uważali nas, Polaków, za naród skrajnie biedny i zacofany, przyjeżdżający do Czech (czy też Czechosłowacji, bo mieszkałam tam w czasie, kiedy Czechosłowacja właśnie się rozpadała) tylko po to, żeby handlować na bazarze podróbkami. – Pisze na forum portalu „Odyssei.com” niejaka „Fen.”, która w Czechach przez kilka lat mieszkała.

Jak można być dumnym z brudnych miast?

Na forum „INTERII.PL” odbyła się w 2009 roku polsko-czeska debata. Czech mieszkający w Polsce, podpisujący się „Andermartisson”, pisał tak (pisownia oryginalna): „pierwsze wrażenie większości Czechów przyjeżdżających do Polski to brudne domy i brak autostrad. Przeczętny Czech nie rozumie dumie a priori, uważa że dumny może ktoś ze swojego państwa być tylko wtedy jak jego państwo jest ładne i bogate – i po to Czesi często nie zrozumieją polską dumę, jak jednocześnie myślą o Polsce jako o kraju biednym. Niestety jest większość polskich miast przy granicy z Republiką Czeską naprawdę brudna i Czesi którzy to widzą nikdy nie zobaczą przeładny Kraków, Wrocław lub inne naprawdę piękne miasta w Polsce – bo są daleko i bez autostrad trudno tam dojechać”.

„Koń jaki jest, każdy widzi, gdyby mógł być ładniejszy, czy zdrowszy, byłby. Możesz się porównywać z Eskimosami, na Grenlandii, albo Maorysami z Nowej Zelandii, wtedy jaskrawiej zobaczysz różnice, i łatwiej je zrozumiesz” – odpowiada mu całkiem rozsądnie Polak, „ArtBlues”, przy czym nie byłby sobą, gdyby nie dodał: „Byłem raz w Czechach, w Zlatych Horach (?) i jakoś estetyka i glanz mnie nie poraziły :)”.

Gulasz z blaszanych bud

Zresztą – plebejska wersja czeskiego stereotypu Polski najlepiej prezentuje się w czeskiej wersji „Uncyclopedii” (w Polsce znanej jako „Nonsensopedia”). Pod hasłem „Polska” przeczytać można m.in. , że polskie miasta to gulasz wykonany z blaszanych bud.

Polacy w nonsensopediowym artykule poświęconym Czechom odgryzają się, że „powstanie w Pradze to doskonały materiał dla przemysłu filmowego. Trwało krócej niż reklamy na TVNie” i czepiają się „nijakiego” smaku czeskiego piwa. Wiedzą jednak też, że świat nie zniknie, gdy się zamknie oczy: „zimą wśród Polaków można zauważyć wzrost nienawiści wobec Czechów z podtekstami na tle rasowym (ich drogi są czarne, a nasze są białe)” – czytamy zrezygnowaną konstatację.

Polak w maluchu

Polak dla przeciętnego Czecha to nadal, jak w latach 90-tych, cwaniura i handlarz w maluchu.
Na polskich drogach maluchów już niewiele, polskich handlarzy w Czechach jeszcze mniej, o ile w ogóle jeszcze się jacyś uchowali, ale plebejski stereotyp jest bardziej żywotny od życia.

Maluch okręcony z każdej strony każdym możliwym do spieniężenia towarem, jak – używając kolejnego stereotypu – autobus w Indiach, to nadal eksportowy obrazek polskiego sposobu wojażowania u szanownych sąsiadów z południowego zachodu.

Nieznany sąsiad

„Neznamy soused” (nieznany sąsiad), to główny temat jednego z numerów magazynu „Nový Prostor” (z 2007 roku). Znajdziemy tam m. in. rysowany prostą kreską komiksowy reportaż z podróży do Polski. Polacy piją obrzydliwe piwo z jeszcze obrzydliwszym sokiem, a żywot im płynie pomiędzy blaszanymi budami z mydłem i powidłem. (Cały numer „Prostora” (w PDF-ie) można ściągnąć stąd ).

Polska w oczach Czechów to – przede wszystkim – coś, czemu nie warto poświęcać większej uwagi. Jeśli jednak się już ją poświęci – widać głównie wschód.

Polska to dziki, dziki wschód

I ta „wschodniość” Polski to część stereotypu inteligenckiego właśnie.

Jachym Topol w „Supermarkecie bohaterów radzieckich” wspomina, że „w Kłodzku już się to wszystko zaczynało. Fury ciągnione przez konie. Pijani faceci”

Lucie Kněžourková, czeska redaktorka portalu http://polonistika.cz i publicystka pisząca o polskiej kulturze, w wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego”, (w internecie dostępnym na stronie „Panoramy Kultur”) że „w Polsce czuje coś wschodniego”.

„Wystarczy wybrać się w podróż po Polsce” – mówi – „już te same odległości są takie zaskakujące. Z okna pociągu widać niekiedy pole i parę domów. To wszystko.

Co jeszcze jest w Polsce wschodniego? Wódka. „Wódka jest wschodnia, wino i piwo zachodnie. Na ulicach miast w nocy człowiek czuje, czy jest pijany wódką, czy winem” – pisze Kněžourková.
Polacy piją więc „po wschodniemu”. I nie chodzi tylko o to, że piją wódkę: piją do spadu.

Polak na kolanach

Polacy postrzegani są w Czechach jako lud ultrareligijny, a jako taki – pełen fałszu i bigoterii. Taki stereotyp to nic nowego.

W opowiadaniu „W Brzegu Murowanym” Haszek pisze o słudze Wojciechu, który okradał swojego pana, by potem iść z pielgrzymką do Matki Boskiej Kalwaryjskiej, która w cudowny sposób uwalniała go od wszelkich wyrzutów sumienia i pozwalała grzeszyć w najlepsze dalej.

Czeskie media z radością wspominają o większości wyskoków polskich religijno-konserwatywnych polityków. Głośno było o aferze teletubisiowej, głośno jest o co ciekawszych wypowiedziach Tadeusza Rydzyka. Tylko czekać, aż odkryją księdza Natanka.

Ustawia to nasz kraj w pozycji budzącej lekkie przerażenie osobliwości, czegoś w rodzaju małego unijnego Iranu.

Najmocniej postrzegano w ten sposób Polskę za czasów koalicji PiS-LPR-Samoobrona, kiedy to kraj nasz w czeskiej społecznej świadomości funkcjonował jako operetkowy narodowo-kościelny reżim, tak straszny, jak i śmieszny.

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli na kartoflisku. Czyli nigdzie

bramborsko

David Cerny, artysta, który bardzo chciałby być skandalistą, ale za nic mu się w Czechach skandalu wywołać nie udaje (choć bardzo próbuje) w jednej ze swoich instalacji przedstawił Polskę jako kartoflany ugór. W Polsce bowiem nic nie ma. Czesi o Polsce nic nie wiedzą.

Lubos Palata, czeski dziennikarz zajmujący się Europą Środkową, tak pisał ostatnimi czasy o podróży do Polski:

„Polska jest krajem, o której nikt nic nie wie […]. Wiedzieliśmy, że jest tam Warszawa, lasy, morze Bałtyckie, bursztyn i żubry”.

Dalej, z przekąsem nieco, nabijając się z czeskich o Polsce stereotypów, pisze Palata tak:

„Warszawa to miasto, przez które przepływa rzeka. Gór tu nie ma, a domy są w większości murowane. Po drogach przeważnie jeżdżą samochody, autobusy, a nawet tramwaje […]. Polacy są do nas dość podobni i mówią zachodniosłowiańskim językiem”.

Czeski dystans

Cernemu, dodajmy, udało się w końcu wywołać skandal. Tyle, że nie w Czechach, a w Polsce. Na polskim kartoflisku umieścił bowiem księży zatykających gejowski sztandar tęczowy na obraz i podobieństwo Amerykanów na Iwo Jimie. W Polsce wywołać skandal jest dziecinnie łatwo. Wystarczy „obrazić” Naród (koniecznie pisany wielką literą), Kościół (Czesi nie piszą nazwy tej instytucji, jak Polacy, wersalikiem) czy coś w tym guście.

Polska wg Cernego/AFP

Polska wg Cernego/AFP

W powszechnym postrzeganiu bowiem Czechów i Polaków odróżnia dystans do siebie. W tekście „Śmiech czeski, śmiech polski” Urszuli Kowalskiej, opublikowanym w „Panoramie kultur”, czytamy:

„Czesi żartują z siebie, bo są świadomi własnej wartości […]. Nieofensywnie, ale stanowczo stoją na straży swoich słabości, kultywując piwo i knedliki […].

Ta „kultywacja piwa i knedlików”, lubienie siebie z całej rozciągłości, brak kompleksów i poczucia niższości – owocuje bezpretensjonalnością. Syn Adama Mickiewicza – Władysław – zaobserwował podczas swojej podróży do Czech, że „eleganckie Czeszki” zamówiły w restauracji białą kiełbasę z kapustą „nie tracąc nic ze swojej godności”.

Rzadka to cecha u Słowian, wiecznie zakompleksionych, albo agresywnie to zakompleksienie odrzucających i „wracających do korzeni” (vide Rymkiewicz w Polsce, Dugin w Rosji, itd. itp). Być może latego tak nas w Czechach to absolutne pogodzenie z sobą ujmuje.

Czeski „tchórz” i „polska brawura”

Czesi doskonale wiedzą o łatce tchórzy, którą przypinają im nie tylko Polacy, ale Europa w ogóle.
„Szwejkami nazywa nas połowa Europy” – mówi Lucie Kněžourková w wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego”, opublikowanym także w „Panoramie Kultur”.

Wielu Czechów stoi jednak na stanowisku, że ich postawa podczas II wojny światowej była jedyną, która miała jakikolwiek sens. Owszem, można było walczyć i ginąć – tylko po co? Co by to dało? Dać się pozabijać dla samej walki? Przecież to – ze zdroworozsądkowego punktu widzenia – horrendalny idiotyzm!

Ale nie zawsze tak było.

„Podczas wojen husyckich” – pisze Lewandowski – „Czesi walczyli znakomicie. Natomiast po klęsce w 1620 [pod Białą Górą - przyp. Z.S] roku nie próbowali już akcji zbrojnej. W przeciwieństwie do Polaków, którzy organizowali powstania, wykonywali pracę organiczną. Nie potrafią fascynować się wojną. Nie podziwiają bohaterskiej śmierci na polu bitwy. W języku czeskim jest valka i vojak, ale nie ma wojenki”.

„Pochwałę umierania podczas wojny, którą wygłosił kapelan oberfeldkurat Ibl, Szwejk nazywa bałwanieniem do kwadratu” – pisze Lewandowski, i dodaje: „Czesi są narodem laickim, pragmatycznym, konserwatywnym, demokratycznym, pacyfistycznym i pogodnym. […] W kolejkach stoją długo i cierpliwie. Etos mieszczańsko-protestancki wyznacza ich stosunek do pracy i pieniądza. W porównaniu z Polakami są mniej uczuciowi, raczej pozytywistyczni, niż romantyczni”.

Polak – szaleniec

Z drugiej strony funkcjonuje czeski wobec Polaków stereotyp narodu odważnego, a raczej brawurowego, którego brawura przekracza granice zdrowego rozsądku i jest szaleństwem i głupotą.

W artykule „Dobry wojak Czech” Aleksandra Kaczorowskiego przeczytać można, co też sądził Hrabal na temat polskiego zamiłowania do wojaczki:

„Kiedy słyszałem o tragedii Polski, do płaczu doprowadzały mnie opowieści o tym, jak pułki polskiej kawalerii szarżowały na niemieckie czołgi, wszyscy ci polegli Polacy walczący konno przeciw czołgom byli dla mnie objawieniem, antycznym mitem, jak ten grecki hoplita, który, aby uniemożliwić ucieczkę wrogiej perskiej łodzi, sam jeden trzymał łódź rękoma, a kiedy ucięli mu ręce, wgryzł się zębami w linę i dopiero gdy perscy żołnierze odcięli mu głowę, łódź odpłynęła…”.

Podziw miesza się tu z osłupieniem – komentuje Kaczorowski, dodając, że osłupiały Czech, to Czech sceptyczny. – „Polak uczy się na błędach; Czech – by znów zacytować Hrabala – mawia w takich razach: „Trzeba było siedzieć na dupie w domu. […] My napinamy muskuły, przelewamy krew, święcimy we własnym gronie nieznane reszcie świata rocznice – a górą i tak zawsze są Czesi.”

Głupio-mądry Szwejk, który robi z siebie udawanego błazna, bo nie zamierza prawdziwym błaznom dać się bez sensu zabić, to „śmiejąca się bestia”, która wyszydzi każdy patos prowadzący do prucia flaków w imię umownych pojęć. Szwejk zawsze zatrzyma się w punkcie, za którym zdrowy rozsądek, nakazujący nie tylko przeżyć, ale także jako-tako żyć, przegrywa z egzaltowanymi ideami. Bo uważa, że zdrowy rozsądek w zupełności wystarczy, by przeżyć to życie tak, by dawało przyjemność i satysfakcję. A z egzaltowanych idei często i gęsto jest nieszczęście.

W polskim postrzeganiu Szwejk to Czech. Szwejkoid Chudej pojawia się filmie Lecha Majewskiego „C.K. Dezerterzy”. W ogóle wizerunek Czecha w polskiej popularnej kulturze to uśmiechnięty, krępy, mędrkujący, gadatliwy brzuchacz z kuflem piwa w ręce. Czyli Szwejk właśnie.

Szmaticka na paticku w drugą stronę

Polaków śmieszy czeski język, ale rzecz działa w obie strony.

W czeskiej „Necyclopedii” czytamy, że „w Polsce mówi się komicznym językiem, w którym pojawiają się różne warianty głoski >>sz<<”.

W polszczyźnie dominuje głoska „sz” i przedrostek „prz”. Czesi nazywają Polaków „Pszonami”, z uwagi właśnie na powtarzające się polskie „przepraszam”, „przez”, „przemyśleć”, „przejść”, „przypomnieć” itd. Z tego samego powodu, notabene, Rosjanie nazywają Polaków „Przekami”.

Polski język ponadto charakteryzuje zabawne napuszenie (wynikające zresztą ze wspomnianej wcześniej „wielkopańskiej żebroty”):

„Polskie komendy wojskowe mają wyglądać następująco: „w dwuszeregu zbiórka!”: – „prose pana, nech pan za pana, aby pan ne vidzial pana”; Rozejść się!” – „Prose pana, nech pan od pana rozejde se na pul pana” – pisze Lewandowski.

Stereotyp „inteligencki” i nieodwzajemniona miłość

Poza Andrzejem Sapkowskim i Stanisławem Lemem polska kultura w Czechach nie istnieje. „Operacja Dunaj” w reżyserii Jacka Głomba, który miał być swego rodzaju manifestem polskiej sympatii do Czechów, nie zebrał nad Wełtawą pozytywnych recenzji. Być może dlatego, że był średnio zabawny. A może dlatego, że mógł być interpretowany następująco: „Czesi mogą Polaków nie lubić i uważać za dzikich gburów, ale jak przyjdzie co do czego, to my o was zadbamy i obronimy ode złego, bo sami nie dacie rady”.

„Inteligenckie” postrzeganie Czech przez Polaków to do pewnego stopnia powtórka rosyjskiego zainteresowania kulturą polską w czasach Układu Warszawskiego. Rosyjska sympatia do Polaków była jak najbardziej nieodwzajemniona, i dokładnie tak samo jest z polską „inteligencką” sympatią do Czechów.

W polskich wypożyczalniach DVD często znaleźć można osobne półki, na których wystawiane są czeskie filmy. W żadnej wypożyczalni czeskiej nikt żadnej półki z polskim kinem jednak nie znajdzie. Nie miejmy złudzeń.

Ziemowit Szczerek

Inne artykuły tego autora na temat stereotypów:

„Europa według…”

„Stare stereotypy w Europie”

„Wszyscy Biali to szaleni marynarze”, czyli co sądzą o Europejczykach nieeuropejczycy?

„Świat według Amerykanów”

„PIjany jak Polak i inne stereotypy narodowe”

„Idą ruscy barbarzyńcy!”

„Marokańczycy to bezbożnicy, a Egipcjanie są zadufani”. O stereotypach w świecie arabskim

Powyższy artykuł napisany jest na podstawie artykułu tego samego autora, zamieszczonego w wydawnictwie ISP PAN „Ideologie – Państwa – Społeczeństwa”

191 komentarze/y »
AHistoria, Młoda historia, Stereotypy

Komentarze

191 komentarze/y do wpisu “Co sądzą (i sądzili) Czesi o Polakach?”

Dodaj komentarz